Wywiad z Jackiem Rodkiem, część 3

“Fantastyka” w roku 1983 zdobyła nagrodę Euroconu. Jak do tego doszło?

Przyznawanie nagród - wszelkiego rodzaju - to sprawa, powiedziałbym, polityczna. Polega to w zasadzie na tym, że takie nagrody się właściwie załatwia. W tym roku wy dostaniecie, a w przyszłym będziecie głosować na nas. I tak dalej.

Czyli nagroda się nie należała?

Ona była nam potrzebna bardziej do pokazania jej naszym władzom. W ten sposób mogliśmy udowodnić, że jesteśmy czegoś warci. Aczkolwiek muszę powiedzieć, że jak na owe czasy byliśmy chyba najlepszym czasopismem ukazującym się na świecie. Nagroda była więc jakby z jednej strony załatwiona pewnymi kanałami, a z drugiej nam się należała. Tak przynajmniej uważam. Mogliśmy ją dostać lub nie - bo jakość pisma nie miała tak naprawdę większego znaczenia. Powtarzam, że przyznawanie nagród w takich gremiach jak na Euroconie to pewien koniunkturalizm, pewna polityka. To tak naprawdę bardziej nagrody na pokaz. Bo jeśliby tak realnie oceniać, powinniśmy co roku dostawać taką nagrodę. Wszak nie mieliśmy wtedy w zasadzie żadnej konkurencji w Europie.

Wracając do pracy w “Fantastyce”. Ile lat twoja przygoda z tym czasopismem trwała?

W sumie jakieś 10 lat. Przez 2 lata byłem kierownikiem działu zagranicznego. Potem zostałem wicenaczelnym, gdyż Andrzej Wójcick i Tadeusz Markowski (ówcześni zastępcy) odeszli na własną prośbę, gdyż nie mogli się porozumieć z naczelnym. I w taki sposób zostałem wicenaczelnym, a na swoje miejsce ściągnąłem Lecha Jęczmyka z Czytelnika.

A potem nastąpiły inne zawirowania...

Tak. Pod koniec lat 90. pojawiła się prywatyzacja, wolny rynek. Założyliśmy więc spółkę, szukaliśmy partnera strategicznego.

Wtedy miałeś też zostać naczelnym.

Owszem. Po Hollanku ta rola miała mi przypaść, jako wicenaczelnemu. Przyszli jednak do mnie Marek Oramus i Maciek Parowski. Chcieli mnie przekonać, by naczelnym został Lech Jęczmyk. Był starszy, znany, miał pozycję, tłumaczył od lat. Mnie się zaś wydawało, że to wszystko nie ma większego znaczenia. Można wszak być dobrym tłumaczem, a słabym redaktorem. Niemniej uległem i zrezygnowałem ze swoich “roszczeń”. Naczelnym został więc Leszek, a ja zachowałem stanowisko wicenaczelnego.

Potem miała miejsce miej sympatyczna sytuacja: drugim zastępcą został Maciej Parowski. Dla mnie tworzenie drugiego takiego samego stanowiska w tak małej firmie było to bez sensu. Pracy dla jednego wicenaczelnego było chyba i tak za mało. Kiedy zaś to się stało faktem, uznałem, że wyczerpała się moja rola w “Fantastyce” i odszedłem.

Bez żalu?

Pewnie z żalem. Jednak 10 lat pracy coś znaczy! Niestety, nie widziałem dalej miejsca w układzie, jaki powstał po tych zmianach. I odszedłem.

Końcowy efekt był zaś taki, że Leszek po trzech miesiącach odszedł do pracy w telewizji i zrezygnował ze stanowiska. A Maciek Parowski został naczelnym.

A ty?

Już wcześniej współpracowałem z Orbitą i zacieśniłem kontakty. Niemniej Orbita wtedy też przechodziła kryzys. Zresztą cała branża fantastyczna przeżywała wówczas kryzys. Komiksy, za które odpowiadałem, sprzedawały się coraz gorzej. Między innymi z racji TM Semica, który raz na 2 tygodnie publikował masowo komiksy amerykański typu Spiderman. One sprawiły, że nastąpiło odejście od lansowanego przeze mnie komiksu francuskiego do komiksu amerykańskiego.

Potem...

Potem próbowałem uruchomić swoje wydawnictwo. Chciałem wydawać magazyn komiksowy “C.D.N.”, ale ukazał się tylko jeden numer, na którym poległem - dzięki różnym hurtownikom.

Nie poddałeś się jednak.

Tak. Szukając partnera strategicznego do “C.D.N.”, założyłem Stowarzyszenie Wydawców Prasy Kolorowej. Partnera nie znalazłem, a 2 lata pracowałem jako dyrektor stowarzyszenia. W międzyczasie uruchomiłem MAGa, tworząc firmę wokół gier fabularnych.

Jak z perspektywy czasu patrzysz na “Fantastykę”? Jak oceniasz ją dziś w porównaniu z czasami, kiedy sam ją tworzyłeś?

Nie bardzo mogę odpowiedzieć, gdyż nie czytuję teraz “Fantastyki”...

Dlaczego? Jako miłośnik fantastyki powinieneś sięgać po to czasopismo.

Powiedzmy: czytuję, ale nie podoba mi się tam wiele rzeczy. Choćby recenzje z książek, które ja wydałem. Albo było o nich napisane negatywnie, albo nie do końca dobre dane - brak wydawcy, przekręcone nazwy itp. Może są to błędy przypadkowe, ale z mojej perspektywy na takie nie wyglądały.

I linia tego pisma też przestała mi odpowiadać. Za dużo się zrobiło w pewnym momencie opowiadań dla mnie nudnawych. Dlatego też przestałem czytać “Fantastykę”.

Przy okazji przestałem też czytać opowiadania, bo wychodzi tyle powieści, na które nie mam czasu, że nie sięgam już po krótsze formy. Nie starcza wolnego na czytanie wszystkiego.

Wróćmy jeszcze na chwilę do “Fantastyki”, a konkretnie do słynnych komiksów o Funky Kovalu, dziś już niemalże legendarnych. Jak powstał pomysł?

Tworząc “Fantastykę” mieliśmy pewne założenia: będzie powieść w odcinkach (drukowana w poprzek, bo - po pierwsze - nikt tego nie robił, a - po drugie - miało to być jakimś “substytutem” książek, uzupełnieniem rynku), dział zagraniczny, no i komiks. Komiks był dla nas po prostu nieodłącznym elementem nurtu.

Pierwszy komiks, jaki dostaliśmy, był “ze spadu”. Miał się ukazać w KAWie, a autorem był Tadek Markowski (Chodzi o “Eksponat AX”, który ukazał się w nr 1(1)/81 - przyp. TK). Potem zaś trzeba było wymyślić coś nowego samemu.



I od razu - już w 2 numerze - pojawił się początek przygód Kovala. I ty byłeś animatorem tego pomysłu.

Zgadza się. Od najmłodszych lat interesowałem się komiksem, zbierałem różne komiksy - drukowane w Polsce, ale przeznaczone na zachód. Pamiętam takie tytuły: “Magnus”, “Samson”, “Turok”... Był też“Tarzan” czy “Rodzina Robinsonów”. To wszystko kupowało się na bazarach, kradzione z drukarni.

Będąc zbieraczem komiksów postanowiłem spróbować swoich sił twórczych. Miałem pewne pomysły, ale stwierdziłem, że nie mam doświadczenia pisarskiego, potrzebowałem więc kogoś, kto moje idee ubierze w słowa. I tak zawiązała się współpraca z Maćkiem Parowskim, który lepiej czuł się pisarsko, a gorzej - jak sam mówił - było u niego z pomysłami.

Nie pamiętam już, kto przyprowadził komiksiarza, Bogusława Polha. Chyba Adam Hollanek...

Twórcami Kovala byli więc obok ciebie Maciej Parowski i Bogusław Polh. A kto wymyślił postać?

Pierwotnie Funky Koval miał się nazywać Punky Rock. A raczej taką postać wymyśliłem kiedyś z Wiktorem Żwikiewiczem. Ale ponieważ inna grupa robiła komiks, zmieniliśmy imię bohatera. Wpadł na nie zdaje się Bogusław Pohl.

Czyja była idea fabuły?

Pomysł detektywa działającego w takiej fantastycznej agencji - chyba mój, po części z Maćkiem.

Stawialiście sobie jakieś założenia?

Pierwsze trzy odcinki to były trzy różne tematy. I taki miał być na początku - w każdym numerze inna historia. Później doszliśmy do wniosku, że lepiej będzie pociągnąć fabułę, tworząc dłuższą opowieść. Kolejne przygody łączyły się, tworząc pewne uniwersum, pewny świat, w którym działał główny bohater.

Myślałeś o powrocie do tworzenia historii o Funky Kovalu?

Były takie plany. Nawet kilkakrotnie się spotykaliśmy. Z Maćkiem - po wydaniu pierwszych trzech albumów - wymyśliliśmy dalsze trzy, kreując pewną kompletną historię. Nie doszło do realizacji, gdyż nastał czarny czas dla komiksu. Nie było wydawcy. Bogdan zajął się też czymś innym, a pomysł oprawy graficznej należał przecież do niego. I tak sprawa umarła.

Może teraz?

Ja bym chciał. Musiałby jednak zaistnieć pewien splot okoliczności. Musiałby tego chcieć również Maciek i Bogdan. Być może wszyscy tego chcemy, ale jakoś nie możemy się spotkać. Ja nie mam nic przeciwko...

Przejdźmy teraz do zupełnie innej tematyki. Obok “Fantastyki” stworzyłeś również inne czasopismo - “Magię i Miecz”. Tym samym dałeś w Polsce początek szaleństwu zwanemu grami fabularnymi. A jak ty zacząłeś grać?

Do roku 1982 rynek gier fantastycznych w Polsce nie istniał. Ówczesne gry planszowe nie miały nic wspólnego z fantastyką. A na jednym z Euroconów spotkałem grupę ludzi sprzedających gry fantastyczne. Między innymi trzy związane z “Władcą Pierścieni”. Kiedy je zobaczyłem, wiedziałem, że to świetny pomysł. Po powrocie chciałem coś zrobić w Polsce w kierunku wydawania takich gier. Niestety w “Fantastyce” nie było miejsca na tego typu działalność. Nie miało sensu tworzenie działu poświęconego tego typu grom. W związku z tym sprzedałem pomysł Jankowi Adamskiemu z firmy ENCORE, który nie bardzo wiedział, co wydawać.

Mniej więcej w tym samym czasie poznaliśmy chłopaka, który wrócił ze Stanów i przywiózł ze sobą“Advanced Dungeons & Dragons”. Traf zrządził, że byliśmy wraz z Darkiem Toruniem jego gośćmi i bardzo nam się ta gra spodobała. Miał on zresztą kilka innych gier, z których część (“Labirynt śmierci”,“Bitwa na polach Pelennoru” czy “Gwiezdny kupiec”) ENCORE później wydało. Ja robiłem z konsultanta tych produktów, a Darek za tłumacza. Namówiliśmy podówczas Baranieckiego do napisania opowiadania, które ukazało się w “Gwiezdnym kupcu”...

Później, na jakimś kolejnym konwencie, poznałem ludzi zajmujących się grami figurkowymi, typu“Warhammer Battle”. Byli wśród nich szefowie firmy GAMES WORKSHOP. A owa firma wydała też grę, która nazywała się “Talizman”. My opublikowaliśmy ją Polsce pod nazwą “Magia i Miecz”.

Był to rok?

Chyba 1989. Założyliśmy wtedy nawet własną firmę - SFERĘ - która wydała “Magię i Miecz”. Niestety, były to czasy szalejącej inflacji. I choć pierwszy nakład (wydany zresztą dzięki temu, że złożyło się na niego kilku przyjaciół) - 5000 jeśli dobrze pamiętam - błyskawicznie się rozszedł, pieniądze z niego spływały jednak na tyle wolno, że inflacja zżarła ewentualne zyski. Zostało tyle, by wydać kolejny nakład. I tak przez pierwsze 2 lata SFERA od razu przeznaczała to, co zarobiła, na wydania kolejnej edycji gry. Dopiero wydanie wspólne z ORBITĄ - w nakładzie 30 000 - pozwoliło wyrwać się z zaklętego kręgu.

A gry fabularne?

Jak już wspominałem, gdzieś w okolicach 82. roku zetknęliśmy się z Darkiem z grą “Advanced Dungeons & Dragons”, pierwszą na świecie rozbudowaną grą fabularną. Mieliśmy dostęp do trzech książek - podręcznika gracza, mistrza podziemi i bestiariusz. Pierwszą pożyczyliśmy, a resztę powoli zbieraliśmy i sprowadzaliśmy na różne sposoby i przy każdej nadającej się okazji. Dużo pieniędzy zainwestowaliśmy w podręczniki, bo płacić trzeba było dolarami. Dzięki temu mogliśmy za to wykorzystać wszystkie oferowane przez grę możliwości. Spotykaliśmy się na sesjach w kilkuosobowym gronie. I przez 2 lata graliśmy dość intensywnie.

Kto dokładniej? Jakieś znane do dziś w środowisku osoby?

Znany w swoim czasie ś.p. Tomek Małkowski, który spopularyzował RPG w środowisku studenckim i współtworzył “Kryształy Czasu”. Grał z nami też Wiktor Żwikiewicz. Trochę później się doszedł Artur Szyndler.

A kiedy narodził się pomysł spopularyzowania RPG w Polsce?

Jeszcze kiedy pracowałem w “Fantastyce”. Chciałem o grach fabularnych pisać na jej łamach, ale nie bardzo było miejsce. SFERA z kolei nie była gotowa, aby wejść w te gry. Niemniej i SFERA, i ENCORE niejako powoli przygotowywały grunt pod gry fabularne.

W SFERZE nie byłem sam, a firma nie była chętna wydawaniu RPG. Gdyby to była moja firma, pewnie tam ukazałyby się gry fabularne. Niemniej RPG mają postać dużych książek, trzeba było wiele w nie zainwestować. No i nie bardzo była wola...

I stąd zrodził się pomysł założenia własnego wydawnictwa.

Między innymi. Wcześniej odszedłem z “Fantastyki”, potem z ORBITY, pomysł z “C.D.N.” nie wyszedł... Trzeba było coś zrobić. Tym bardziej, że był to dla mnie ciężki okres. Znalazłem się poza środowiskiem. Przez jakieś 2-3 miesiące wraz z teraźniejszą żoną sprzedawałem na Kolejowej jakieś gry i książki.

W końcu - szukając wydawcy dla “C.D.N.” - założyłem wspomniane już przeze mnie Stowarzyszenie Wydawców. I mniej więcej wtedy też stworzyłem własną firmę - MAGa. W 1993 roku rozpocząłem wydawanie czasopisma “Magia i Miecz”, mającego stworzyć koniunkturę dla gier fabularnych.

Jakie były początki “Magii” i MAGa?

Pierwszy nakład gazety wynosił 2000, potem zwiększyliśmy go do 5000. Drukowaliśmy wtedy“Kryształy Czasu”, które zamierzaliśmy opublikować w odrębnej książce. Jednakże wymagały one tak znacznej obróbki językowej i merytorycznej, że wcześniej udało nam się wydać “Warhammera”. W końcu zresztą “Kryształy” wydaliśmy, jednak potrzebowaliśmy na to kolejnych 2 lat pracy.

Pierwsze kroki “Magii” nie należały do łatwych. Cztery numery w rok...

Dokładnie - jeden numer na trzy miesiące. Przyczyna była przede wszystkim taka, że niewiele osób miało pojęcie i o pisaniu, i o grach fabularnych. To było w końcu pierwsze tego typu pismo w Polsce! Znalezienie odpowiednich ludzi zajęło trochę czasu.

W pewnym momencie znalazł się jeden z Tych ludzi, czyli Tomek Kołodziejczak. Jak został naczelnym?

W tamtym czasie Tomek zajmował się swoją działalnością wydawniczą. Robił choćby “Voyagera”, którego sprzedawał “z plecaka”. No i w pewnym sensie szukał pracy. A znaliśmy się z Tomkiem jeszcze z “Fantastyki”. Ponieważ miał przygotowanie do poprowadzenia pisma, chciał to robić - wystarczyło go zatrudnić. Sprawa była prosta.

Może kilka słów o tym etapie w życiu “Magii”?

Tomek uporządkował prace redakcyjne. Nastąpiła stabilizacja terminowości, choć również zdarzały się poślizgi i problemy.

Jak już jesteśmy przy problemach. MAG zawsze się z nimi borykał na różne sposoby. A to drukarnia coś zawaliła. A to redakcja czegoś nie dopilnowała. A to ktoś nie wywiązał się z kontraktu. Mimo to z tego chaosu udało się wyłonić dość stabilnej w tej chwili firmie...

Wynika to po części ze szczęścia, po części z samozaparcia. Z mojej strony mogę powiedzieć, że firma ta stała się moim życiem. Nie miałem pomysłu, co innego mógłbym robić. Musiałem więc wytrwać. Wytrwać w tym, na czym się znam. I pilnowałem wszystkiego od strony organizacyjnej, a nie - że tak powiem - technicznej.

Dzięki grom fabularnym zaistniała firma MAG. Jaki jest twój osobisty stosunek do tej rozrywki?

Gry fabularne noszą w sobie pewną wartość, która powinna sięgnąć dalej niż ten obszar, w jakim teraz egzystują. Co ciekawe, w tamtym okresie zainteresowanie było znacznie większe. Teraz przeżywamy jakiś taki okres malkontenctwa. Wielu graczy dorosło, RPG przestało być dla nich czymś nowym. W międzyczasie pojawiły się lepsze gry komputerowe i inne rozrywki. Doszły gry on-line. A gry fabularne wymagają nieco inteligencji, więc jako takie nigdy nie będą rozrywką masową. Zawsze zajmować się nią będą osoby w pewien sposób wyróżniające się w społeczeństwie czy w szkole. Biorąc pod uwagę wielość atrakcji, z jakimi teraz młody człowiek ma do czynienia, znalezienie takich podobnych sobie ludzi chcących grać nie jest łatwe.

Teraz kilka słów o kolejnej dziedzinie, w której jesteś pionierem, o grach karcianych. Udało ci się doprowadzić do wydania gry “DoomTrooper”. Opowiedz, jak do tego doszło.

Wiele z pomysłów w mojej działalności brało się stąd, że wyjeżdżałem na różne targi związane z grami lub fantastyką. Będąc w Essen w Niemczech zobaczyłem “Magic: The Gathering” i szwedzkiego“DoomTroopera”. O ile jednak Amerykanie nie byli zbyt chętni do rozmowy, o tyle Szwedzi podeszli do tego z otwartymi ramionami. Zdecydowali się nawet zainwestować własne pieniądze, by wydać polskojęzyczną wersję tej karcianki.

My byliśmy pełni obaw. Za pierwszą dostawę trzeba było zapłacić naprawdę niemałe pieniądze. Mnie zaś wydawało się, że pomysł takich gier karcianych jest dobry i odkrywczy. Że coś w nim jest. Sam zresztą się w te gry bawiłem. Dlatego też zdecydowałem się na wydanie “DoomTroopera”.

Znów zadecydował twoja fantastyczna intuicja?

Zawsze się nią kierowałem. I tym razem tak było. Jeszcze pracując w “Fantastyce” decydowałem na nosa, co publikować, a co nie. Na ogół wybierałem dobrze. Umiałem trafiać. Dotyczyło to jak widać także gier fabularnych i karcianych, nie tylko literatury. No i było w tym trochę szczęścia.

Gry karciane były dużym sukcesem. Koniunktura nie trwała jednak nazbyt długo...

Nie do końca z naszej winy. Gdyby rodzaj współpracy ze Szwedami był inny, byłoby zapewne lepiej. Zbyt długie przerwy między dostawami i wydawaniem dodatków zmniejszały popyt. No a później wydany “Kult” w ogóle niemal się nie przyjął (był po prostu grą dla dorosłych, takiego zaś rynku u nas nie było), “Dark Eden” również. “Eden” miała jeszcze szansę. Nieszczęśliwie się jednak stało, że “Kultu”zamówiliśmy nieco za dużo, a sprzedawcy go nam potem oddawali, gdyż nie schodził. No i potem do“Dark Edenu” wszyscy podeszli sceptycznie. Co ciekawe, dystrybucja wszystkich tych trzech gier karcianych opierała się ledwie na kilkunastu punktach!

Po grach karcianych wydawnictwo popadło w pewien kryzys. Próbą wyjścia z niego było wydawanie powieści nie związanych z RPG. Wcześniej MAG wydawał tylko książki związane ze światem “Warhammera”...

Na dziś ówczesne ich nakłady były dość duże. Wtedy zaś - przeciętne.

I tak zrodził się pomysł słynnej ambitnej serii, tworzonej przez Andrzeja Miszkurkę. Były ambitne okładki, niezbyt znani autorzy, choć zwykle z tzw. “pierwszej półki”. Książki były dość trudne i nie miały zbyt szerokiego grona odbiorców.

To prawda. Wyszliśmy z założenia, że chcemy stworzyć ambitną serię, za czym opowiadał się Andrzej. Ja się z nim zgodziłem i w pełni mu zaufałem, gdyż podobnie wybiera tytuły co ja w jego wieku. Andrzej, co tu dużo mówić, pomylił się. Zdarza się. Jak sam kiedyś stwierdził - “Nauka kosztuje” [śmiech]. No i nas to kosztowało niemało. Kryzys firmy pogłębił się.

Jak się te książki sprzedawały?

Nienajlepiej. Choć tytuły były naprawdę dobre. Z góry założyliśmy, że chcemy wydawać dobre książki. Ale hurtownikom i księgarzom nie podobały się okładki. Sprzedaż nie była więc najlepsza, choć w porównaniu z dzisiejszą nie taka zła. Niemniej założenia były wyższe. A dzisiaj przeciętnie naszych książek sprzedajemy więcej, ale to nie znaczy, że fantastyka sprzedaje się teraz lepiej, bo jest wręcz odwrotnie. Oczywiście łącznie.

Niemniej seria umarła. Ukazało się 9 tytułów, a potem nastąpił wielomiesięczny okres milczenia. Mało kto wierzył, że coś jeszcze z MAGa się pojawi. Redaktor Miszkurka poszedł jednak po rozum do głowy. Zmieniła się koncepcja, zmieniły się okładki, zmienił się dobór tytułów - i?

I wciąż staramy się utrzymać wysoki poziom wydawanej przez nas lektury. Odmiennej od publikowanej tu i ówdzie pulpy. Chyba się udaje.

A potem pojawił się pomysł wydania serii “Andrzej Sapkowski prezentuje”.

W ten sposób chcieliśmy zainteresować naszymi tytułami szersze grono odbiorców. Sapkowski w Polsce sprzedaje się znakomicie, więc logicznym i sensownym marketingowym posunięciem wydało się opublikowanie serii książek sygnowanych jego nazwiskiem. W ten sposób chcieliśmy dać ludziom nie interesującym się fantastyką, a znającym Sapkowskiego dostęp do literatury równie dobrej co jego książki.

Seria się przyjęła?

Tak. Ale bardziej z racji marketingu. Bo obok serii “Andrzej Sapkowski przedstawia” wydajemy równie dobre książki, które z różnych przyczyn nie mieszczą się w tej serii - w końcu nie wszystko można w niej wydać - a one już się sprzedają gorzej. Może dlatego, że dziś fantasy lepiej się sprzedaje? Ma w końcu większe grono odbiorców.

Przejdźmy teraz do mniej przyjemnego tematu. Kilka słów o “Fenixie”...

Przez kilka lat “Fenix” wychodził u Prószyńskich, jak wszystkim wiadomo. Ale w ostatnim okresie przechodził tam różne perturbacje. Redakcja nie była zbyt zadowolona ze współpracy z Prószyńskim i jej członkowie przyszli do nas z propozycją przejęcia tytułu. Podszedłem do tego dość optymistycznie, bo “Fenix” zawsze był pełnowartościowym pismem poświęconym fantastyce. Uważałem, że będzie to dobra platforma do pokazywania autorów, których książki później publikowaliśmy. I z taką myślą podjęliśmy współpracę z redakcją. Nie wszystko układało się tak, jakbyśmy sobie tego życzyli. Sprzedaż“Fenixa” zaś najpierw wzrosła, a potem spadała. Początek tego roku był zaś wręcz tragiczny. Co prawda miała na to wpływ sytuacja rynku, wprowadzenia VATu itp. Dotknęło to całej prasy, w tym“Magii”, która - podobnie jak “Fenix” - nie została uznana za pismo specjalistyczne przez urzędników. To spowodowało, że czasopismo stało się nieopłacalne. Nie dość, że nie przynosiło zysków, to powodowało straty. Oczywiście “Fenix” nie musiał znacznie poprawiać budżetu firmy. Podobnie jak“Magia” jest platformą do kontaktu z graczami, tak “Fenix” w zamierzeniach miał być od kontaktu z czytaczami. Nie koniecznie musiał być pismem zarabiającym. No ale w momencie, kiedy zaczął przynosić straty, okazało się, iż po prostu wydawnictwo nie ma pieniędzy na jego utrzymywanie. Trzeba było podjąć trudną decyzję zamknięcia “Fenixa” - u nas.

Takie pismo ma według ciebie rację bytu?

Owszem. Gdyby rynek prasy lepiej działa. Jeśli dystrybutor sprzedaje 5000 z 10 000 otrzymanych lub 2000 z 5000 (a nie choćby 4000 czy 4500), to trudno osiągnąć opłacalność. Po prostu systemy komputerowe działają w oparciu o statystykę i są przygotowane do rozprowadzania pism wysokonakładowych. Egzemplarze nie trafiają po prostu do punktów, w których się sprzedawały. Jedynie prenumerata mogłaby tą sprawę uzdrowić. Niemniej była ona za mała.

Teraz pytanie o duży jak na ten kraj projekt, czyli grę fabularną opartą na prozie Andrzeja Sapkowskiego, zwaną “Wiedźmin: gra wyobraźni”. To precedens w Polsce. Zaplanowana duża premiera na 20.10.2001 w warszawskim Gigastorze. Ma ją zaszczycić nie tylko Sapkowski, ale również Żebrowski lub inny aktor. Do tego wykorzystanie fali związanej z filmem. Tani skrót zasad. Nie jesteś lekko przerażony ogromem tego projektu?

Jestem, ale będąc z natury optymistą wierzę, że projekt osiągniemy sukces. Gdyby stało się inaczej, to znaczyłoby, iż rynek RPG należy pogrzebać. Tak mi się w każdym razie wydaje. Po prostu nie będzie on miał racji bytu. Być może wystarczy dłuższa przerwa, by pojawiło się nowe pokolenie graczy.

Jacek Rodek póki co jawi nam się jako fan fantastyki, redaktor, komiksiarz, erpegowiec, karciarz i prezes. Ale w wydanej w 1982 roku antologii “Spotkanie w przestworzach 2: antologia młodych ‘79” opublikowane zostało napisane przez ciebie i Darka Torunia opowiadanie “Jedyny prawdziwy”. Czy w takim wypadku miałeś również zapędy pisarskie?

W okresie młodzieńczym próbowałem swoich sił literackich. Stwierdziłem jednak, że inne rzeczy robię lepiej. Owszem, miałem bardzo dużo różnych pomysłów, które wykorzystałem choćby podczas tworzenia komiksu. Natomiast w literaturze pomysł to jakieś 10% wartości tekstu. Reszta to umiejętność pisania. Można więc mieć słaby pomysł, ale stworzyć świetnie czytającą się książkę czy opowiadanie. Ja jednak nie jestem w tym najlepszy.

Może kiedyś do tego wrócę? Człowiek się starzeje, nabywa doświadczenia.

A to wspólne opowiadanie było na podstawie mojego pomysłu, nawet zapisanego, ale Darek je w zasadzie napisał od nowa. Moja wersja nie nadawała się do publikacji.

Na zakończenie krótkie pytania. Sukcesy?

Niewątpliwie “Fantastyka” i mój współudział w kreacji tego czasopisma. Druga rzecz to wprowadzenie gier fabularnych i karcianych na rynek. Zawsze starałem się szukać czegoś, czego nikt jeszcze nie pokazał. I w tych dwóch wypadkach mi się to udało.

Jeszcze coś? [chwila zastanowienia] Dostałem kilka nagród (Śląkfy, Sfinksy, Laury Barda) - ja jako osoba czy jako wydawnictwo - o mniejszym lub większym znaczeniu. Co prawda nie zawsze dostawałem te nagrody akurat wtedy, kiedy uważałem, że powinienem je dostać. Na przykład za wydanie “Warhammera” otrzymaliśmy nagrodę w dwa lata po jego ukazaniu się. A wtedy było to jednak wydarzenie - pierwsza gra fabularna po polsku.

Myślę, że sukcesem był też Funky Koval - tym razem na polu komiksu. Plus to, co potem publikowałem w ramach “Komiksu Fantastyki”. Zawsze próbowałem dobierać rzeczy ciekawe - poprzez fabułę czy kreskę. Sukcesem na tej niwie będzie chyba też “Szninkiel” Rosińskiego: pierwszy tak długi czarno-biały komiks wydany w Polsce w jednym tomie. Sądząc po sprzedaży sukces był ogromny - ponad 250 000 sztuk! A teraz pojawi się edycja kolorowa...

Sukcesem było też chyba pociągnięcie Thorgala. KAW wydał gdzieś 4 tomy w dziesięć lat. Ja zaś w ORBICIE w ciągu dwóch lat doprowadziłem do ukazania się 10-12 części, dzięki czemu dogoniliśmy wersję oryginalną. A dziś Thorgal jest najpopularniejszym komiksem w Polsce.

Po sukcesach czas na porażki...

Na pewno “C.D.N.”. To chyba największa moja porażka. Inne to są takiego typu, że nie zawsze się dostało to, co się chciało. Swego czasu chcieliśmy wydać “Magic: The Gathering” czy “Advanced Dungeons & Dragons”, ale się nie udało - z tych lub innych przyczyn. To też jest rodzaj porażki. Byliśmy po prostu “za krótcy”. Są to porażki w zasadzie niezależne. Takie są codziennie. [uśmiech]

W swoim czasie powiedziałeś, że jest ci przykro, iż jako osoba, która wiele włożyła w środowisko fanów i ruch wydawniczy, nie jesteś brany pod uwagę jako gość specjalny na różnych konwentach...

Cóż, był okres, kiedy jeździłem na wiele konwentów. Potem mi spowszedniało. Potem była praca w“Fantastyce” i znów konwenty. Potem nadszedł okres przejściowy; doszedłem do wniosku, iż szkoda czasu jeździć na wszystkie konwenty. I teraz jeżdżę na wybrane. Ponadto zajmuję się głównie zarządzaniem firmą, więc nie ze mną powinny się odbywać spotkania, a z ludźmi zajmującymi się produkcją. I tak się zresztą dzieje.

Plany?

Jeden mam niezrealizowany. Chciałbym otworzyć sklep ogólno-fantastyczny. Sklep, w którym będzie można kupić z jednej strony książki, z drugiej - kasety i DVD, z trzeciej - gry komputerowe i fabularne, z czwartej - komiksy, z piątej - gadżety do gier terenowych... I tak dalej.

Dziękuję za wywiad.

Proszę.

Hop do różne inne lub Archiwaliów.

więcej...