Wywiad z Jackiem Rodkiem, część 1

Osoba Jacka Rodka wielu fanom fantastyki jest znana. To jeden z animatorów pierwszych ruchów fanowskich, współtwórca czasopisma “Fantastyka” i jego wieloletni redaktor, współautor komiksów o Funky Kovalu, a od 1993 roku - prezes wydawnictwa MAG, specjalizującego się w grach fabularnych i literaturze fantastycznej. To dzięki niemu do Polski zawitało RPG i CCG, czyli gry fabularne i karciane.

Dlaczego fantastyka?

Odpowiedź jest prosta: nie wiem. Fantastyka towarzyszyła mi natomiast od dzieciństwa. Zawsze lubiłem bajki i różne podobne historie. Moje fantazje były nieograniczone. Stąd też zainteresowanie astronomią, a potem fizyką. Fantastyka naukowa zaś mieściła się w tych właśnie zainteresowaniach. Miałem wiele dziesiątków różnych teorii, pomysłów dotyczących fizyki, podróży z prędkościami nadświetlnymi... To wszystko było mi po prostu bliskie.

Od kiedy jesteś zainteresowany fantastyką?

Towarzyszyła mi ona właściwie “od początku”. Jako literatura, film, obserwacje astronomiczne... Swego czasu należałem nawet do towarzystwa miłośników astronomii.

Generalnie interesował mnie kosmos, obce cywilizacje. Przez krótki okres - bardzo krótki - zajmowałem się również sprawami typu UFO. Bardziej interesowała mnie jednak literatura niż takie “opisy”, które były zresztą dość nudne. A tak naprawdę: po prostu kiepskie [śmiech].

Czy przed powstaniem czasopisma “Fantastyka” fantastyką zajmowałeś się bardziej zawodowo?

W pewnym sensie - tak. W roku 1975 powstał klub miłośników fantastyki przy Staromiejskim Domu Kultury, do którego jednak nie należałem. Ale w pół roku później dowiedziałem się o powstaniu klubu przy studenckim UBABie. Tam się zgłosiłem i zacząłem próbować tworzyć organizację miłośników fantastyki. Pełniłem tam szereg różnych funkcji...

Najpierw byliśmy klubem przypisanym do organizacji studenckiej, ale potem - dopiero w latach 80. - przekształciliśmy się w Ogólnopolskie Stowarzyszenie Miłośników Fantastyki. W szczytowym okresie mieliśmy kilkadziesiąt oddziałów. Do stowarzyszenia należało kilkanaście tysięcy osób w całej Polsce. Kluby działały pod patronatem różnych organizacji - nie tylko studenckich. Tam, gdzie dało się znaleźć sponsorów i lokale, tam powstawał klub. Miłośnicy fantastyki “wiązali się” więc z ZSMP, z harcerstwem... Mówiąc w skrócie: z organizacjami, które miały pieniądze.

Co w tych czasach robiły kluby?

Zrzeszały miłośników fantastyki, którzy spotykali się i rozmawiali o wydanych książkach. Były też działania bardziej twórcze. Niektórzy pisali opowiadania, inni tłumaczyli. Wydawaliśmy jakieś fanziny i tym podobne rzeczy.

Jednak w tamtych czasach, kiedy nie wychodziło zbyt wiele książek fantastycznych, głównym celem stowarzyszenia było zmienienie tej sytuacji.

A jak wyglądała sytuacja wydawnicza?

Wtedy książki kupowało się spod lady, bo tego typu literaturę publikowały dwa, a w porywach trzy wydawnictwa. Naszym celem stało się więc sprawienie, aby ukazywały się dobre książki - wspomniane wydawnictwa publikowały niestety głównie kiepskie rzeczy, ale “słusznie ideowo”, których nie sposób było czytać. Oczywiście pojawiały się też książki ciekawe i dobre. Najlepszym przykładem było wydawnictwo ISKRY i jego seria “Fantastyka - Przygoda”, w której wychodziły książki autorów polskich i zagranicznych o różnym poziomie i jakości. Niemniej była to wtedy najciekawsza oferta wydawnicza.

Tak się dziwnie składało, że w tamtych czasach literatura fantastyczna traktowana była per noga. Zawsze było wiele ważniejszych rzeczy do wydania. Rzeczy, które musiały się ukazywać. Powód nieistnienia pisma o tej tematyce był dokładnie taki sam.

W jaki sposób wpływaliście na wydawnictwa, by publikowały lepszą - waszym zdaniem - literaturę?

Zapraszaliśmy redaktorów prowadzących dane serie wydawnicze. Wpływaliśmy na nich też na różnych spotkaniach czy zjazdach. Jednak - jak mówiłem - w tamtych latach było duże ograniczenie papieru i fantastyka nie była najważniejsza. Dlatego też fantastyczne książki znikały momentalnie. W końcu w ciągu roku wydawnictwo wydawało cztery, góra pięć pozycji.

Pamiętasz wysokość nakładów przeciętnej książki w tamtych czasach?

To było 50-60 tysięcy. Jak na dzisiejsze czasy - gigantyczne. Choć teraz miesięcznie wychodzi nawet 20 książek fantastycznych o łącznym nakładzie mniej więcej porównywalnym.

Zapewne w tamtych czasach poznałeś wielu ciekawych ludzi z branży fantastycznej, ze środowiska...

Jeśli chodzi o Polskę, to poznałem w zasadzie wszystkich pisarzy tworzących w tamtym okresie - czyli m.in. Chruszczewskiego, Borunia i Trepkę, a nawet Snerga (w latach 70. jego książka - “Robot” - była dużym wydarzeniem; wszyscy byli nią zachwyceni). Ze Snergiem poznaliśmy się na trzecim Euroconie, który odbywał się w Poznaniu, a organizował go Chruszczewski razem z Kubiszem. Pamiętam, że był to konwent z wielką pompą, z przyjęciami u prezydenta miasta, u wojewody. Przyjechało też wtedy wielu ludzi z zagranicy, na przykład Brian Aldiss, który dotarł samochodem z całą rodziną - po to, żeby wydać zarobione u nas złotówki, otrzymane za wydanie w ISKRACH jego książki. Próbował owo honorarium wydać w czasie jednego, tygodniowego pobytu [uśmiech].

Wyjaśnij może, dlaczego nastąpiła taka dziwaczna sytuacja.

To były czasy, kiedy za prawa autorskie można było płacić tylko w złotówkach, a wymiana dolarowa ograniczona i właściwie dewizy przeznaczano na inne książki. Mimo to wielu autorów godziło się na to, że książki wychodzą w Polsce, a pieniądze za ich dzieła leżą w złotówkach na kontach i czekają na okazję “do wydania”.

“Fantastyka” to pierwsze w Polsce czasopismo poświęconym naszej ulubionej literaturze. Jaka była twoja rola w jego powstaniu?

Idea założenia takiego czasopisma sięga końca lat 70. Wraz z Andrzejem Wójcikiem, Jędrzejem Krzepkowskim i Markiem Oramusem pojawił się pomysł wydania takiego pisma, które początkowo miało ukazywać się w KAWie. Przekonanie “drugiej strony”, że taki magazyn jest sens wydawać, zajęło kilka lat. A kiedy udało się już niemal wszystko “dopiąć”, wybuchł stan wojenny. I sprawa upadła...

Po stanie wojennym zaczęliśmy dalej prowadzić rozmowy. Znalazłem pewne dojście do RSW i zgłosiłem się z projektem powołania takiego pisma. Był to okres bojkotu prasy, w związku z czym przyjęli nas na zasadzie “czemu nie spróbować”. Wielkich nadziei sobie z tym nie wiązali. Chyba po prostu udało nam się trafić w idealny moment. Byli słabi i gotowi pójść na to przedsięwzięcie, szczególnie, że znaleźliśmy “pewne” poparcie.

Odbyło się spotkanie z panią wice-prezes zarządu głównego RSW, która nas wysłuchała i zaaprobowała pomysł. Na tym spotkaniu byłem ja, Andrzej Wójcik i pracujący podówczas w “Trybunie Ludu” Adam Hollanek, na którego “dojścia” nieco liczyliśmy. Adam kreowany był na naczelnego i tak już pozostało. Zresztą wydawał się logicznym kandydatem, gdyż jako jedyny z naszej grupy miał doświadczenie prasowe. Ja przedtem w prasie nigdy nie pracowałem, więc doświadczenia ze zrozumiałych powodów nie miałem. I pasowałem siebie na kierownika działu zagranicznego. “Fantastyka” była więc moją pierwszą pracą w prasie. Mówiąc w skrócie: byliśmy grupą entuzjastów.

Nasz pomysł przyjęto “ze zrozumieniem” i skierowano “pod opiekę” Maćka Hoffmana, dyrektora Krajowego Wydawnictwa Czasopism. Mieliśmy przygotować pierwszy numer “Fantastyki”. Ponieważ były to czasy papierowych ograniczeń, wystartowaliśmy z nakładem “ledwie” 100 tysięcy. No i nie było łatwo. Lecz pierwszy numer rozszedł się błyskawicznie. Z dnia na dzień staliśmy się pismem bardzo poszukiwanym, sprzedawanym spod lady i na różnych kiermaszach.

Skąd taka popularność?

Moim zdaniem zawdzięczaliśmy ją temu, iż w ogóle nie zabieraliśmy głosu w sprawach politycznych, co było wtedy “obowiązkiem” każdego magazynu - łącznie z dziecięcymi. My skupiliśmy się tylko i wyłącznie na fantastyce. Było to więc jedyne wówczas pismo na rynku, które miało dobry wybór tekstów, w tym dużo zagranicznych, głównie amerykańskich opowiadań. Dało się czytać - w skrócie.

Wspomniałeś, że nie zajmowaliście się polityką. A jednak trzeci numer, który wyszedł w rocznicę stanu wojennego, subtelnie politykował...

Tak. To był nasz jakby manifest światopoglądowy. W prozie zagranicznej, którą prowadziłem, były opowiadania militarne: “Wojna moja miłość” Harrisona, “Ostatnia runda” Haldemana i do tego pierwsza część powieści “Zapomnij o Ziemi” MacAppa. To układało się w pewien... nazwijmy to: monogram czy anagram. Okładka też była znacząca: dziewczyna o zielonych włosach i opancerzonej twarzy.

Tak subtelnie wskazywaliśmy, jaki jest nasz światopogląd.

Jak wyglądała współpraca z zagranicą?

Ponieważ przyszliśmy do prasy działając w ruchu miłośników od lat 70., mieliśmy dość szerokie kontakty z organizacjami międzynarodowymi zrzeszającymi fanów i twórców. Na wyjazdach uzgadnialiśmy po prostu, że będziemy poszukiwali tekstów. A ponieważ można było wtedy płacić tylko złotówkami, więc dostawaliśmy opowiadania czy powieści za symboliczne pieniądze. Istniała niepisana umowa, że wybieramy teksty i płacimy wierszówki, które idą na ZAIKS. Funkcjonowaliśmy na takim jakimś przyzwoleniu. Nie były to zasady czysto rynkowe...

A jak wynajdowaliście teksty?

W przeróżny sposób. Choćby przeglądaliśmy antologie. Współpracowaliśmy z niemieckim wydawnictwem Heine Werlag, którego redaktorem był pan Jeszke. I od niego co tydzień lub dwa otrzymywałem paczkę z 10-12 książkami, gdyż owo wydawnictwo publikowało bardzo dużo fantastyki. W tych paczkach było sporo antologii.

Wszystko, co mieliśmy, dawaliśmy do czytania ludziom, którzy z nami współpracowali. A oni potem opowiadali mi tekst, ja zaś na podstawie tych opowieści - można powiedzieć: na nosa - decydowałem, które dzieła są interesujące i warte publikacji.

Czasem również nasi współpracownicy sami przynosili teksty, które gdzieś wynaleźli. Mówili, że jest super, potem opowiadali mi co i jak, a ja decydowałem.

Część tekstów otrzymałem też od Leszka Jęczmyka, który miał opowiadania przygotowane do wydania w jakiejś nigdy nie opublikowanej antologii. To było kilka naprawdę dobrych tekstów.

Mieliście jakieś problemy z cenzurą?

W tamtych czasach każdy materiał musiał mieć pieczątkę cenzury. Tak więc wszystkie teksty szły do sprawdzenia. Ja sobie jednak nie przypominam jakiś bojów. W sumie nam się udało, bowiem nasi cenzorzy lubili fantastykę i nie było problemów z cenzurą.

Hop do części 2.

więcej...