Bye Bye, Steve!

Było to do przewidzenia od chwili, gdy Steve Jobs pierwszy raz ogłosił światu swoje problemy zdrowotne. Kwestią czasu było kiedy, bo jak wszyscy wiedzieli – będzie to pożegnanie bardzo I. A potem każdy (no, prawie każdy) zaoferował wizjonerowi swoje pożegnanie. Wspominał go Obama, wspominali go internauci, wspominał Facebook, wspominał i Google. Postanowiłem wspomnieć i ja, bo Steve fascynował mnie od lat. Tyle że z perspektywy gracza.

Steve Jobs pracował dla Atari – tej firmy, której nazwę każdy gracz zna, choć nie każdy zdaje sobie sprawę, że Atari Bushnella stworzyło rynek gier wideo jako takich i miało niewiele wspólnego z późniejszym Atari vel Infogrames. Niemniej Steve Jobs pracował dla Atari w czasach, gdy była to największa na świecie firma produkująca automaty i gry wideo. Al Alcorn, jeden z twórców słynnego „Ponga” i podówczas główny inżynier, wspominał, iż pewnego razu młody Jobs przyszedł do pracy ze słoikiem żurawinowego soku i powiedział przełożonemu, że pości. „Jeśli zemdleję, połóżcie mnie na ławie – dodał. – Nie wzywajcie policji, proszę. Nic mi nie będzie. Jestem tylko nieco słaby”.

Niektórzy współpracownicy wspominali, że Jobs podobno nienajlepiej pachniał. Obrażał też innych, traktując ich jak idiotów. Niemniej był też geniuszem, przez co stał się cennym pracownikiem. Choć miał też wielu wrogów. Późniejszy świat Jobsa był bardzo 0-1 – albo coś było świetne, albo beznadziejne. Nie było obszarów szarości. Widać już na początku swojej kariery Steve patrzył na świat w taki sposób.

W roku 1975 Jobs postanowił udać się na pielgrzymkę do Indii. Ponieważ Atari miało wtedy także sprzęt w Niemczech, Alcorn zaproponował, że pośle tam Steve’a. Z Europy było do Indii bliżej. Po powrocie zatrudnił go ponownie. Wspominał potem: „Kiedy Steve wrócił, miał ogoloną głowę i chodził w szafranowych szatach. Dostał zapalenia wątroby i gdyby nie uciekł z Indii, pewnie by umarł”. W taki oto sposób Jobs doznał ponoć duchowego objawienia, ale też docenił cywilizację.

Jedna z najciekawszych moim zdaniem historyjek o Jobsie opowiada o grze „Breakout”. Był to ostatni tytuł, jaki Nolan Bushnell, założyciel firmy i twórca całej branży, stworzył w Atari – następną grę wykreował dwadzieścia lat później.

Zapewne wiecie, o co w „Breakout” chodziło – to był taki zbijak, w pewnym sensie odwrócenie idei „Ponga”. Bushnell był przekonany, że ludzie pokochają tę grę. Bał się jednak, że produkcja będzie zbyt droga. To były czasy automatów, w których gry powstawały na specjalnych chipach. Dobrze zaprogramowany produkt miał ich około 75. Biorąc pod uwagę fakt, że Atari dystrybuowało mniej więcej 10 000 automatów z daną grą, zmniejszenie automatu o każdy chip oznaczało oszczędność rzędu 100 000 dolarów. A ponieważ nikt się nie kwapił do zrobienia „Breakouta”, Bushnell zaoferował specjalną premię.

Jobs podjął wyzwanie. Już wówczas pracował z kolegą, Stevem Woźniakiem, nad Apple II. A ponieważ sam nie bardzo znał się na płytkach obwodów drukowanych, zaproponował współpracę Woźniakowi. Ten zdołał zmniejszyć liczbę chipów o ponad 50! Nikt jednak potem nie był w stanie odtworzyć jego zamysłów i finalny produkt miał 100 chipów.

Z premią wiążą się pewne niejasności. Według Bushnella, za każdy chip miało być 100 dolców. Według Alcorna – 1000, ale za każdy poniżej 50. Tak czy inaczej Jobs ponoć wprowadził w błąd Woźniaka zmniejszając wielkość premii i dzieląc się na nierówne połowy.

Mało kto pamięta, że już w Apple’u – dokładnie w 1995 roku – Steve Jobs dołożył trzy grosze do rynku konsolowego, wypuszczając konsolę Pippin (powstała we współpracy z Bandai). Konsola była droga, średnio nowoczesna i od razu przegrała z Playstation, Saturnem czy N64.

Pewnie jeszcze mniej osób kojarzy gry tworzone specjalne z myślą o Macu. Jednym z deweloperów nieźle współpracujących z firmą Apple był Bungie. Szefostwo tego ostatniego ponoć zwróciło się nawet do Steve’a z prośbą o wykupienie firmy. Jobs ponoć najpierw był przeciwny, ale potem zmienił zdanie – za późno jednak. Bungie trafiło pod skrzydła Microsoftu i stało się flagowym deweloperem gier na Xboxa.

Jeśli wierzyć pogłoskom, Steve nigdy gier nie lubił – co biorąc pod uwagę jego wieloletnią prace dla Atari wydaje się przynajmniej dziwne. Niemniej po wpadce z Bungie na pewno Apple za wiele w gry nie inwestował. Na Maki pojawiały się jakieś gierki, zwykle były to jednak konwersje. Nikt nie spodziewał się, że nadgryzione jabłuszko może odmienić rynek gier wideo.

A tak się stało za sprawą urządzeń z dotykowymi ekranami. Sprzęty wpięte do Isklepu, w którym za grosze, a czasem i za darmo, można zdobyć proste, złożone i bardzo skomplikowane gry szturmem podbiły rynek. Dotykowe ekrany zmieniły sposób grania, podejście do grania, wreszcie rozszerzyły rynek. Tablety i smartfony to prawdziwa konkurencja dla klasycznych konsol czy PCtów. Dlaczego wydawać na grę 100 czy 200 złociszy, jeśli po godzinie czy dwóch nam się nudzi? Czy nie lepiej sięgnąć po taką za 15 PLNów i bawić się podobny czas? Jeśli ktoś dużo podróżuje, to łatwiej mu zabrać Isprzęt niż laptopa, o konsoli stacjonarnej nie wspominając.

Zresztą potwierdza to chyba porażka, która spotkała 3DSa. Czy to samo czeka PS Vitę? Czy świat po wejściu urządzeń z literką I w nazwie czeka na coś takiego? Czy w ogóle jest sens konkurować z bazą kilku milionów potencjalnych użytkowników? Jeżeli iPhone 4s sprzedaje się w nakładzie 4 milionów egzemplarzy w chwil kilka, a nadaje się do grania równie dobrze, jeśli nie lepiej niż 3DS, to czy w ogóle jest sens coś mówić?

więcej...