Polskie gry, głupcze!

Rok 2011 ponoć będzie rokiem polskich gier. Tak wychodziło w zeszłym roku, kiedy zastanawiałem się z gośćmi w programie Talking Heads. Tak wydaje się i dziś, gdy piszę te słowa – na miesiąc przed premierą Wiedźmina 2. Minął już też mniej więcej miesiąc od ukazania się Bulletstorma. I tak po środku pojawiło się Anomaly Warzone Earth od studia 11bit, które w porównaniu z poprzednimi dwoma tytułami jest ubogim krewnym. Niemniej w krótkim czasie pojawiły się trzy pełnoprawne produkcje, a mamy już za sobą sukces Snipera, który w przypadku City udaje się póki co przekuć na zakup nowego silnika i najęcie mniej lub bardziej znanych ludzi z branży.

Można by zatem pomyśleć, że nie jest z tymi polskimi grami jakoś źle. Jeszcze do tego dochodzą osiągnięcia polskich e-sportowców na świecie. Frag Executors, Tarson czy Av3k dają radę i ogólnie albo są na podium, albo tuż pod. Polska została też wybrana na gospodarza Samsung European Championship, czyli takiego europejskiego WCG. Jest nieźle...

A jednak w beczce miodu raz po raz pojawia się łyżka dziegciu.

Wsparty ogromną kampanią reklamową Bulletstorm, reklamowany jako pogromca strzelanin i kreator nowych podgatunków. Marketingowa machina Electronic Arts wsparta silnym ramieniem Cliffa Bleszynskiego i zwiewnym powabem Tanya Jessen nie zapewniła sukcesu. Wciąż nie wiadomo, czy Bulletstorm to wielki hit czy tylko napompowany kicz. Wysokie oceny recenzentów nie przekładają się na sprzedaż – i to nie po raz pierwszy. Poprzednio podobnie było choćby z Enslaved czy Vanquish. Co prawda Adrian Chmielarz broni pozycji swego dziecka (cytując za Poligamią - „my sprzedaliśmy więcej kopii w dwa tygodnie niż oni przez ponad pół roku” – i odwołując się do dwóch wspomnianych tytułów), niemniej wszystko wskazuje na to, że Bulletstorm póki co znalazł poniżej miliona nabywców.

Czy oznacza to zamknięcie People Can Fly? Mam nadzieję, że nie. Oznacza to jednakże niewątpliwie tyle, iż nie będą oni mieli aż tak wolnej ręki przy następnym tytule. Drugi raz mało kto zaryzykuje duże pieniądze. I choć Bulletstorm nie podobał mi się zbytnio, nieco żałuję tej straconej szansy. Szansy na pokazanie światu, że w Polsce da radę zrobić fajną, wysokobudżetową grę.

Mam taką wielką obawę, że produkowanemu za wielkie pieniądze drugiemu Wiedźminowi też się powinie noga. Ambicje twórców z czerwonego CDP są naprawdę bardzo wysokie. Na pewno utrudnienie będzie stanowić brak wersji konsolowej – przynajmniej na początku, bowiem tajemnicą poliszynela jest już chyba fakt, iż wersja na xboxa 360 pojawi się w jakiś czas po PCtowej. Niemniej jedynka pozwala mieć nadzieje duże i jeszcze większe oczekiwania. Oczekiwania, które potęguje presja fanów, ale przede wszystkim – potrzeba finansowego wyniku.

Nie ukrywajmy, zarówno PCF, jak i CDPRed są uzależnione – jak i każde inne studio developerskie – od kasy. O tej zaś decydują zwykle księgowi, których nie interesuje wynik na Metacritic, ale finalny stan, czyli ile wyszło na plusie. I tu zawsze problem jest tym większy, im więcej zainwestowano. Wspomniane wcześniej Anomaly nie jest megaprodukcją, budżet ma mniejszy, więc i ryzyko niższe. City włożyło w Snipera ułamek tego, co CDP w Wiedźmina czy konglomerat EA-Epic-PCF w Bulletstorma. Podobnie rzecz się ma z polskimi produkcjami na iPhone’a czy iPada. W wiedźmińskim Versusie najdroższa przypuszczalnie była licencja.

Zastanawiam się zatem, czy nie porywamy się z motyką na Słońce. Czy nasze marzenia nie przewyższają możliwości? Bo ja owszem, bardzo bym chciał, by Wiedźmin 2 podbił światowy rynek gier. By Bulletstorm sprzedał się w kilku milionach. Niekoniecznie muszą te gry od razu zagrażać pozycji Obliviona czy Call of Duty. Czasem droga cichsza, powolniejsza, ale skutecznie wiodąca do celu może okazać się lepsza. Sniper już pokazał, że nie trzeba robić super gry za olbrzymie pieniądze, by zarobić i pokazać się z najlepszej strony. Mam nadzieję, że Anomaly podąża w podobnym kierunku.

Z drugiej strony naprawdę marzy mi się taki moment, gdy na jakiś targach w trakcie rozmowy z jakimś Mysiem-Pysiem z zagranicy pojawi się polski tytuł gry w kontekście super-mega-pozytywnym. Że nasi twórcy nie będą musieli korzystać z usług słynniejszych twarzy, bo sami będą super-mega-znani. Że polscy gracze będą mogli zwyciężać w Polsce, na polskich arenach, łojąc przysłowiowe tyłki. I żeby jeszcze grali w polskie gry przy okazji, to byłby już szczyt szczęścia.

A póki co Bulletstorm raczej kojarzy się z Bleszynskim niż Chmielarzem. Z Epiciem niż z PCFem. Wiedźmin wciąż bardziej popularny jest raczej książkowy niż growy, choć tu pewności do końca nie mam. Pytani o polskie gry deweloperzy wzruszają ramionami, w najlepszym razie wspominając coś o jakimś tytule, którego do końca nie znają, ale wydaje im się że... czasem nieśmiało wspomną o jakimś tytule na W czy S, choć pewności i tak nie mają. Fatal1ty, który zgarną furę pieniędzy grając w Painkillera nie wie, kto zrobił jego grę. Ten znający się na e-sporcie gracz nie potrafi skojarzyć żadnego polskiego pro-playera, choć przecież teoretycznie święcą oni triumfy.

Jest zatem bardzo dobrze, nawet lepiej, ale wciąż źle. Co z tym zrobić i jak sobie poradzić? Czy w ogóle trzeba? Czy jest sens kopać się z koniem? Może po prostu wypada robić swoje i powoli, syzyfową pracą wtaczać ten wózek?

Oby tylko potem była dłuuuuga prosta w dół.

więcej...