Przez kilka ostatnich dni Signur był niezwykle podekscytowany. Kręcił się po pracowni, wpadał na jednego głębszego do ulubionej karczmy, odwiedzał Yossę i próbował tworzyć kolejny poemat. Na niczym jednak nie mógł się skupić dłużej niż przez kilka chwil. Co jest? – zastanawiali się przyjaciele i wrogowie. Czyżby nowy romansik? Twórcza zapaść? Może zwykłe rozwolnienie? Wkrótce wszystko stało się jasne. W mieście stołecznym Orkusa pojawił się nowy czarodziej. Osoba, która nie tylko uważała, że potrafi pisać lepsze poematy od Signura, ale również utrzymywała, iż lepiej od niego zna się na magii wszelakiej.

To potwarz! – myślał Signur, wysłuchując sprawozdań z recytacji owego osobnika oraz pochwał płynących z prawa i z lewa, padających z ust popleczników i niedawnych przyjaciół. Rzeczą, która jednak przelała przysłowiową czarę goryczy, nie była poezja, podboje miłosne czy kolejna porażka piłkarskiej reprezentacji Ostrogaru w eliminacjach mistrzostw świata. Chodziło tu o tak zwany NOWY STYL!

Jesienna gawęda o nowym stylu, czyli kolejne szalone przygody Yossy, Shadowtearsa, Artmara i Signura,

piórem Tomka Kreczmara i Andrzeja Miszkurki spisane

Hossa w R’liech* nie trwała zbyt długo. Nasi bohaterowie bardzo szybko poczuli się zmęczeni. Byli w końcu rasowymi poszukiwaczami przygód**, turlaczami nad turlacze itp., itd., etc. Kiedy więc pojawiły się pierwsze pogłoski o nowym zagrożeniu, bez zwłoki zebrali swoje zabawki, nie dopity alkohol i śmiech czarnoksiężnika, którego dawno temu pokonał Artmar, i schowali w najgłębszym lochu Ostrogaru, aby w spokoju rozwiązać wiele innych, palących spraw***. Niestety, spokój naszych chwatów nie trwał długo. Ni z tego ni z owego w najpilniej strzeżonym bunkrze pod Ostrogarem (mającym służyć rodzinie Katanów za schronienie na wypadek wojny atomowej, najazdu kurzymisiów lub jakiejkolwiek innej katastrofy) pojawił się tajemniczy X****.

[* Patrz odcinek poprzedni, w którym nasi bohaterowie starli się z przerażającą grozą światów po zmroku.]

[** Rasowy poszukiwacz przygód to taki osobnik, który zajmuje się wychodzeniem z miasta, stukaniem potworków, zbieraniem PeDeków i skarbów, powracaniem do miasta, leczeniem, wychodzeniem z miasta, stukaniem potworków, zbieraniem PeDeków i skarbów, powracaniem do miasta, leczeniem, podnoszeniem się na poziom…]

[*** Tymi palącymi sprawami okazało się ukończenie „Diablo II”, „Baldur’s Gate II”, „Torment” i „Championship Manager 3” – oczywiście Arsenalem na I miejscu we wszystkich możliwych rozgrywkach co najmniej przez 5 sezonów pod rząd.]

[**** W matematyce X zwykle oznacza niewiadomą. No, chyba że jest to równanie z dwiema niewiadomymi. Wtedy również potrzebny jest Y. Niektórzy jednak uważają, że XY oznacza coś więcej, niż zwykły element równania z dwiema niewiadomymi.]

– Do roboty, panowie! – rzucił tajemniczy X. – Świat jest w niebezpieczeństwie!

– O co tym razem chodzi? – zapytał znudzony Shadowtears. – Ostatni raz ratowałem świat w zeszłym tygodniu i zmęczyłem się nieco. A poza tym, mam grypę!

– Grypa nieważna, gdy nasze uniwersum chyli się ku upadkowi!

– Nie przesadzaj, koleś – pocieszył go Artmar. – Poradziliśmy sobie ze storytelingiem i nic już nas nie zaskoczy. No bo co jeszcze można głupiego wymyślić, aby zrobić ludziom wodę z mózgu, wcisnąć kit i wyciągnąć kaskę?

– Nie zdajecie sobie sprawy z powagi sytuacji! Zagrożony jest cały byt, który określa materię. Bogowie, demony, piekło i niebo, a także wszyscy normalni Mistrzowie Gry, którzy lubią rzucać kostkami!

– Słuchaj, dobry człowieku – odezwał się zniecierpliwiony Signur. – Na Mistrzów Gry to my wiesz co… – zawiesił głos, znacząco. – A poza tym, wypada się przedstawić, nie?

– Me imię nie ma teraz najmniejszego znaczenia. Jestem tylko posłańcem. Posłuchajcie mnie uważnie. Storyteling był tylko trzecim szczeblem na erpegowej drabinie doskonałości. Teraz pojawił się szczebel czwarty. To postmodernizm w RPG!

– Eeee! – przerwał nieznajomemu Shadowtears. – Czy ja czegoś podobnego gdzieś nie czytałem? W moim ulubionym piśmie fantastycznym pewien gość, redaktor naczelny, o ile pamiętam, pisał o postmodernizmie w prozie największego pisarza fantasy Ostrogaru, imć…

– Kładź się dzifka! – warknął Yossa, najwyraźniej rozsierdzony całą tą sytuacją. – Jakem ja największy barbarzyniec w całym erpegowym świecie, nakazuje ja wam zamknąć się na chwila i dać temu biedak dokończyć!!!

– Dziękuję ci, przyjacielu – rzekł X, kłaniając się nisko i ukazując placek łysiny na czubku głowy*. – Jak już mówiłem, mamy teraz do czynienia z kolejnym szczeblem RPG. Szczeblem o wiele gorszym od storytelingu. Wyobraźcie sobie bowiem, że teraz karzą wam nie tylko odgrywać postacie, wczuwać się w role, ale jeszcze robić to wszystko na podstawie czterech stron podręcznika, który miał być na papierze kredowym, a nie jest! Co tam! Teraz nie będzie już dodatków, dzięki którym moglibyście zwiększyć swe moce. Żadnych nowych umiejętności, czarów czy mieczy! Prawdziwe gówno!!! Ale to jeszcze i tak mało! Wszystko to jest jednorazowe. Jeden system – jedna sesja! Nie ma podnoszenia się na poziomy. Nie ma ciągłości postaci. Żeby tego było mało, niektóre z tych – pożal się Mistrzu Gry – „systemów” to nawet nie erpegi, ale jakieś fiu-bździu. Jakieś niewiadomoco…

[* Ten placek jest niezwykle istotnym elementem osobnika X. To jedyny ślad, który pozwala odkryć jego tożsamość!]

Po jego słowach zapadła nerwowa cisza. Przez głowy naszych bohaterów przechodziły najróżniejsze obrazy i myśli.

SHADOWTEARS: Muszę wziąć Cholinex. Boli mnie gardło. A poza tym na katar najlepszy jest A-katar.

YOSSA: Czy w tych systemach są dzifki?

ARTMAR: A może by tak zająć się czymś innym?…

SIGNUR: Dopiero 4800 znaków! A ma być 24 000! Skaranie boskie…

Tajemniczy X nie czekał jednak zbyt długo. Zdawał sobie sprawę, co się dzieje w głowach śmiałków*. Dlatego też od razu rzucił wezwanie:

[* Zwykle w głowach śmiałków nic się nie dzieje. Czasem jednak zajmują się oni myśleniem, co zwykle źle się dla nich kończy. Najlepsze wyjścia z sytuacji zawsze rodzą się w wyniku spontanicznego ataku na wroga.]

– Musicie rozwiązać ten problem! Musicie pozbyć się czarodzieja, który wpadł na ten demoniczny pomysł i chce rewolucji.

– Daj spokój…

– No co ty…

– Tyle roboty…

– Yossa nie!

– Panowie! Nakazuję wam natychmiast zająć się tą sprawą. Albo przemienię was w marionetki i staniecie się bohaterami gry NOWEGO STYLU!

– A co to właściwie znaczy postmodernizm? – zapytał Shadowtears, nie zważając na groźbę X.

– Z kim ja muszę pracować – powiedział tajemniczy osobnik niby do siebie. – Postmodernizm, mój drogi chłopcze, to neoekspresjonizm, transawangarda, styl w sztuce, architekturze, literaturze czy grach fabularnych, charakteryzujący się odrzuceniem dwudziestowiecznego modernizmu, tworzący dzieła nawracające do wielu technik i stylów historycznych.

– Nadal nic z tego nie rozumiem.

– Mnie jeszcze dodatkowo namieszał – zauważył Artmar, któremu zawtórował śmiech czarnoksiężnika.

– A ten, tfu, modernizm, dzifka? – zapytał Yossa.

– Wciąż nie do końca łapię – nie dawał za wygraną Shadowtears.

– Oj, ja biedny… – jękną X. – Modernizm to ogół kierunków awangardowych w literaturze i sztuce u schyłku XIX i na początku XX ery Katanów.

– No dobra, a ta awangarda – zauważył celnie Signur. – Co to jest?

– Awangarda w sztuce, drodzy przyjaciele – mówił niezrażony X – to grupa ludzi wskazujących nowe kierunki, nowe ideologie i inne takie frazesy.

Zdenerwowany Yossa warknął coś pod nosem, po czym rzucił się na tajemniczego intruza. Barbarzyńca najwyraźniej miał dość tych skomplikowanych teoryjek. Chwycił X za pazuchę, uniósł w powietrze i grzmotnął o glebę trzy razy, że aż zagrzmiało.

– Gadaj, dzifka, co to jest! Po ludzku!

– E… – jęknął X. – Tak do końca… To… ten tego… sam nie wiem…

– To co się wymądrzasz, lebiego – rzucił Shadowtears. – Wyżej dupy nie podskoczysz, tak gadają starożytni paladyni.

– Chyba upadli – Artmar uzupełnił wypowiedź upadłego paladyna.

– Ja bym go teraz przefastrygował i wrócił do naszych spraw – stwierdził Signur. – Chcesz metafizyczną metaforą metafrazową metrampaża w mezuza? – zapytał intruza.

– Nie! Cokolwiek by to miało być!

– To spadaj. Ale już! I żebym więcej cię tutaj nie widział!

X oddalił się tak niepostrzeżenie, jak się pojawił. Herosi powrócili do swoich spraw, jednak coś nie dawało im spokoju.

SHADOWTEARS: Już mi lepiej…

YOSSA: O, si tacuisses! Philosophus mansises!*

[* To tajemnicze zdanie w języku staroyossowym oznaczało ni mniej ni więcej: „O, gdybyś milczał! Byłbyś nadal filozofem!”.]

ARTMAR: A co oznacza neoekspresjonizm i transawangarda?

SIGNUR: Gdzie się podziały tamte prywatki?

W końcu ciszę przerwał upadły paladyn Shadowtears.

– Myślicie, że ten dziwny gość mówił serio? Że zrobią z nas jakąś tam awangardę?

– Ja już jestem awangardą w poezji! – zauważył celnie Signur. – Nikt tak jak ja nie potrafi składać rymów. Wymyśliłem nietypowe metrum. I niezwykły wiersz dwudziestoośmiozgłoskowy z rymami krzyżowymi popiętnastowymi…

– Cicho, dzifka! – przerwał tą tyradę przechwałek Yossa. – Ja nie być awangarda inna niż wojskowa. Ja zawsze iść pierwszy szereg i pierwszy walić wszystko, co się ruszać i na drzewo nie uciekać.

– Niezwykle interesujące – zauważył śmiech dawno już zapomnianego czarnoksiężnika, którego pokonał Artmar. – Ale coś mi się wydaje, chłopaki, że ani o krok nie przybliża was to do końca tej perfidnej, pełnej pułapek, niezrozumiałych słów i tajemniczych osobników opowieści. Pora zakasać rękawy i wziąć się do roboty! W przeciwieństwie do was, w ostatnim czasie nie próżnowałem i wiem co nieco o owym Nowym Stylu. Wiem też, gdzie iść, żeby dojść tam, gdzie trzeba.

– Tak? – zapytali jednocześnie czterej śmiałkowie. – I nic nie mówiłeś?

– Cóż, jestem tylko śmiechem czarnoksiężnika, którego dawno temu pokonał ten przygłup. Nie wiem, zresztą, jakim cudem*.

[* Gwoli ścisłości: Nikt nie wie, jakim cudem Artmar pokonał wspomnianego czarnoksiężnika. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, iż miał wielkie szczęście.]

– Ale co z tym Nowym Stylem. Gdzie go szukać? – wszedł mu w słowo Signur.

– Więcej dowiecie się na konwencie.

– GDZIE?! – raz jeszcze jednocześnie spytali śmiałkowie.

– Na konwencie. To taki zjazd przeróżnych dziwadeł i innych osobników. Siedzą tam, gadają, grają w różne Nowe i Stare Style. Mają jakieś panele i inne takie sprawy. No i, oczywiście, wymieniają się poglądami.

– A gdzie znajdziemy ten konwent? – dopytywał się zaciekawiony Shadowtears.

– I czy będą tam dzifki? – zaciekawił się Yossa.

– Najbliższy rozpocznie się już za chwilę w słynnym grodzie Craca. Traficie tam bez problemu. Wszak jest wśród was dwóch potężnych magów!

Kilka chwil później w grodzie Craca, nieopodal miejsca, w którym odbywa się konwent

– Może najpierw przepłuczemy gardła? – rzucił Shadowtears. – Słyszałem, że na tych konwentach dają tylko herbatkę i mineralkę.

– Serio? – nie mógł uwierzyć Artmar. – To koniecznie wstąpmy do jakiejś gospody. Choćby do tej…

I cała czwórka udała się dwójkami do niewielkiej karczmy o malowniczej nazwie „U Luisa”. W środku było nadwyraz pusto. Gdyby nie liczyć dwóch smukłych młodzieńców, obsługi i trzech panien, byłoby tu pusto. Jeden z owych jegomościów wyglądał jak ministrant, tzn. niewinnie. Drugi, z kolczykiem w uchu, krótko obcięty przypominał jednego z największych sportowców Ostrogaru, słynnego Adamusa Małysziusa, mistrza lotów na miotłach*. Przy ich stoliku stał usłużnie pochylony szynkarz.

[* „Co ty, nie przypomina wcale Małysza. Poza tym może się obrazić takim porównaniem”. „Przesadzasz. To normalny facet”.]

Zbliżając się do stolika nasi bohaterowie usłyszeli:

– Absolut.

– Pięćdziesiątka czy setka?

– Butelka.

Ten z kolczykiem wiedział, że takie zachowanie zwróci uwagę dziewczyn. Mało kto na wejściu zamawiał 0,75 litra wódy i to bez popitki i bez lodu. Na dwóch! Miał jednak pecha. Zanim jakakolwiek z bywalczyń gospody zdążyła zareagować na zaproszenie, nasi bohaterowie zajęli wszystkie wolne miejsca przy stoliku dwóch jegomościów. Na dodatek Yossa, bez pytania, nalał sobie do gardła pół butelki trunku, ledwo co postawionego przez szynkarza.

– Eee… Co jest? – zauważył ten przypominający ministranta.

– Nie widzisz? Nasz przyjaciel ma apetyt na absolut – rzucił filozoficznie Signur.

– Szukamy konwentu – walnął prosto z mostu Shadowtears.

– To świetnie! – stwierdził ten z kolczykiem. – Trafiliście w sam raz. Zaraz tu się wszyscy zjawią. Pilnujemy miejsc.

– To konwenty odbywają w gospodach?

– Nie. A raczej: ta lepsza ich część – tak. Ta mniej ciekawa, no wiecie, jakieś spotkania, pogawędki i inne głupoty mają miejsce w wynajętych budynkach. Ale tam można pić tylko herbatkę i mineralkę, a przecież nikt normalny nie wytrzyma tak przez cały dzień.

– Bratnie dusze! Jam jest Yossa – rzucił Yossa.

– Ja jestem Jad – przedstawił się serdecznie ministrant, wlewając jednocześnie pozostałość trunku do gardła.

– A ja Asz – powiedział ten z kolczykiem. – Jeszcze butelczynę! – krzyknął do szynkarza.

– Gracie? – spytał porozumiewawczo Signur.

– Co ty, stary? Piszemy!

– Ja też piszę. Poezję!

– Cicho! – warknął Shadowtears. – A znacie tych grających? Tych od Nowego Stylu?

Zanim któryś z dwóch konwentowiczów zdołał odpowiedzieć, Jad zaczerwienił się niebezpiecznie i wycharczał do Shadowtearsa:

– Wyprowadź mnie na powietrze… Muszę chwilę odetchnąć. A potem zrobimy rewolucję!

– Co mu jest? – zapytał wystraszony eks-paladyn.

– Nic mu nie będzie – uspokoił go ten z kolczykiem. – Niedawno został pogryziony przez wściekłego psa. I zaszczepiony! Pozwolili mu pić tylko piwo. A to nienajlepiej na niego działa.

– Co? Za dużo krwi w alkoholu? – spytał filuternie Signur.

– Żebyś wiedział – wycharczał Jad, opierając się ciężko na ramieniu Shadowtearsa.

Podczas gdy Jad z paladynem zażywali świeżego powietrza, do gospody napłynęli inni konwentowicze. Było ich ze 20. Na czele szedł Jeremiasch, ponoć jakaś ważna szycha w prasie fantastycznej. Tuż obok – mały, krępy wąsacz, przypominający trolla, z jakiegoś dziwnego powodu nie lubiany przez wszystkich pozostałych, a mający coś wspólnego z przewodnikami. Wśród pozostałych wyróżniali się jeszcze: AP, MD, JK i JK. Byli też inni, o dziwniejszych inicjałach. Któżby ich zresztą spamiętał…

– Są wśród nich gracze? – Signur dopytywał się Asza.

– Co ty?! Gracze to siedzą i grają, a nie szwendają się po gospodach. Oni nie biorą udziału w tej części programu.

Trzy godziny później

Wszystkim dopisywały humory. Wóda, piwo lały się strumieniami. Nasi bohaterowie poznali niemal wszystkich Prawdziwych Uczestników Konwentu. Nie przybliżyło ich to jednak ani o krok do rozwiązania problemu Nowego Stylu. Można nawet powiedzieć, że powoli, bardzo powoli oddalali się od szczęśliwego zakończenia. W końcu Yossa, który słynął z mocnej głowy, nie wytrzymał i rzekł:

– Ein golonka und bier.

Co w skrócie oznaczało: „Dupy w troki i do roboty”.

W odpowiedzi na rozkaz barbarzyńcy jego towarzysze i czkający śmiech czarnoksiężnika z trudem wydostali się na zewnątrz. Ich zniknięcie nie zostało przez nikogo zauważone. PUKi* bawili się dalej, nie zważając na gęstniejącą atmosferę i malejące zapasy gotówki.

[* Czyli Prawdziwi Uczestnicy Konwnet – tacy co nie marnują czasu na jakichś spotkaniach.]

– Co robimy? – zapytał bełkotliwie Shadowtears.

– Idziemy na konwent. Tam na pewno czegoś się dowiemy – odpowiedział niemal trzeźwym tonem Signur*.

[* Signur od jakiegoś czasu unika picie nadmiernych ilości alkoholu. Jego osobisty lekarz zakazał mu spożywania trunków wysokokowych, jedzenia czerwonego mięsa, jaj, serów, tłuszczy i w ogóle niemal wszystkiego, z wyjątkiem znienawidzonych przez elfa warzyw i owoców.]

Godzinę później

Już z daleka było widać, że w miejscu tym zebrali się poszukiwacze przygód maści wszelakiej. W cieniach przemykali członkowie Powszechnego Episkopatu Śmiesznej Mordy, którym jakimś cudem udało się przeżyć czystkę z poprzedniej części przygód naszej wspaniałej czwórki. Gdzieś z boku przekrzykiwali się miłośnicy krasnoludów ze zwolennikami elfów. Dużo było staroświatowców, czyli zwolenników klasycznego wygrzewu, aczkolwiek z nutką sentymentalnego mroku. Pojawiły się też zupełnie nowe sekty i odmiany. Tu i tam krążyli poprzebierani LARPowcy, pragnący połamać sobie i innym nogi, ręce tudzież inne członki. Była też silna grupa samurajów z katanami i wakizaszi. Tuż obok odbywał się pojedynek otumanionych whisky rewolwerowców, którzy raz po raz dzwonili ostrogami i spluwali zieloną flegmą. Pod ścianami zbierali się fani bardziej klasycznych gier, choć właściwie nigdzie nie było widać przedstawicieli Nowego Stylu.

– Nie podoba mi się to – stwierdził zawsze czujny Artmar.

– Ciekawe, czy znajdziemy tu jakieś bratnie dusze – zainteresował się Shadowtears.

– Spójrz – pokazał mu jednego z uczestników konwentu Signur. Biedny facet stał ogłupiały pod ścianą i się ślinił. – Tam masz bratnią duszę!

Zanim Shadowtears zareagował, czkający śmiech czarnoksiężnika rozwiązał tajemniczą zagadkę.

– To jeden z dawnów, miłośników heroicznego Przebudzenia Dawna.

Nasi bohaterowie przez jakiś czas kręcili się to tu, to tam, próbując natrafić na jakąś wskazówkę. Wkrótce stało się jasne, że poszukiwania nie będą łatwe oraz to, co było o wiele bardziej przytłaczające: są ostatnimi w swoim rodzaju na świecie. A przynajmniej na konwencie, rozgrywającym się w grodzie Craca.

Widząc, co jest grane, zdecydowali się zaciągnąć języka jednego z uczestników. Dłuższy czas rozglądali się za kimś, kto mógłby im pomóc. Wreszcie w tłumie pomalowanych, podekscytowanych i rozanielonych twarzy wyłowili oblicze niezwykłe, a zarazem jedyne w swoim rodzaju. Na twarzy nieznajomego gościł głupawy uśmieszek. Jego osłonięte binoklami oczy wpatrywały się* w karty księgi, którą trzymał w rękach.

[* Zdajemy sobie dobrze sprawę, że oczy nie mogą się w nic wpatrywać. Jednak w przypadku tego osobnika ta zasada nie ma zastosowania.]

– Ten! – warknął Yossa, wskazując niezwykłą postać.

Fantastyczna czwórka* bez wahania zbliżyła się do nieznajomego.

[* Nie mylić z Fantastyczną Czwórką uniwersum Marvel Comics.]

– Cześć – odezwał się przyjaźnie Signur. – Co czytasz?

Nieznajomy przez chwilę jeszcze nie odrywał oczu od księgi, po czym rzucił nerwowe spojrzenie na przybyszów.

– Podręcznik Mistrza Gry.

– Prowadzisz?

– Ja? Nie, co ty… Czytam.

– Jak to?! – oburzył się Shadowtears. – Przecież gracz nie ma prawa czytać podręczników przeznaczonych dla oczu Mistrza Gry! Tak być nie może! Łamiesz odwieczne erpegowe prawo! Jak śmiesz?!

Młody człowiek skulił się w sobie, przerażony jego słowami.

– Ja-ja-ja… nie robiłem nic złego… – mówił z płaczem. – Po prostu… lubię wiedzieć…

– Daj mu spokój – wstawił się za biedakiem Signur. – Ty też zawsze robiłeś to samo. Pamiętasz niebieski zeszyt do KCtów*? Wyrywałeś go kiedy tylko się dawało i oglądałeś jakieś tajemnicze zapiski.

[* Słynny niebieski zeszyt istniał naprawdę. Nikt nie wie, co się z nim stało. W swoim jednak czasie stanowił jedną z najbardziej skrywanych tajemnic twórcy niezwykłych KCtów.]

– Eeee… To było coś zupełnie innego. W tych zeszytach wielki Arturius zapisał jedynie współczynniki magicznych przedmiotów. Tam nie było żadnych zasad opcjonalnych…

– Nie po to tu przyszliśmy, żeby wspominać jakieś niebieskie zeszyty – przerwał im Artmar. – Szukamy twórcy Nowego Stylu i jego popleczników. Mamy ich resocjalizować. A jeśli nie będą chcieli, to do dziadzi!

– Panowie, panowie – odezwał się ponownie młodzian w okularach. – Wiem! Wiem gdzie ich można spotkać. Widziałem ich przywódcę i wszystkich pozostałych.

– Naprawdę? – niedowierzał Shadowtears. – Jesteś pewien, że to byli oni? Czwarty szczebel drabiny?

– Pewnie! Ja bym ich nie poznał? Jam jest Czytacz, który nie opuścił drugiego szczebla! Największą mą przyjemnością jest przeliczanie współczynników i wertowanie grubych podręczników. Nowy Styl to syf! Co to za podręcznik, który ma tylko 16 stron? Co za przyjemność dla oczu?

– No, no, chłopcze. Muszę przyznać, że nie poznałem się na początku na tobie. Drugi szczebel! Kto by pomyślał?…

– Nie roztkliwiaj się, Shadowtears. Ty nie opuściłeś pierwszego!

– I jestem z tego dumny! Wali mnie jakiś świat po zmroku, macki grozy i inne takie bzdury. Liczy się wygrzew, wygrzew i kości w odpowiednim kolorze.

– I podręczniki! Nie zapomnijcie o podręcznikach – zwrócił uwagę Czytacz.

– No dobra, ale gdzie jest ten nieszczęsny twórca Nowego Stylu? – zapytał jak zwykle przytomnie Artmar.

– Udawał się na wielką uroczystość. Mają mu wręczyć jakąś nagrodę.

– Nagrodę?! – nie mógł uwierzyć Signur. – A za co?

– Kto ich tam wie? Ponoć jest najlepszym poetą. No i stworzył ten Nowy Styl.

– To ja jestem najlepszym poetą – obruszał się Signur. – Zaraz rozerwę tego obwiesia na strzępy!

Piętnaście minut później

Na sali zebrało się chyba z pół tysiąca konwentowiczów z całego Orkusa. Jak zahipnotyzowani wpatrywali się w jeden punkt. Tuż obok jury stał sprawca owego całego zamieszania. Był młody, szarmancki, pełen werwy i ochoty, lekko nieogolony i dość wysoki.

– Idealista – odezwał się pogardliwie Shadowtears.

– Fanatyk – rzucił Artmar.

– Żarcie – warknął Yossa.

– To ma być poeta? – zapytał Signur. – Co z nim robimy?

– W łeb, do wora i w kazamaty – stwierdził Yossa.

Spontaniczne i nieprzemyślane działania zawsze są najlepsze. Czterej bohaterowie wiedzieli to najlepiej, gdyż tę metodykę stosowali już od lat. Podziałało i tym razem. Zrobiło się małe zamieszanie, ale to normalka w takiej sytuacji. Artmar rzucił niewielkie zaklęcie nekromanckie i w sali zgasło światło. W nieprzeniknionych ciemnościach nie byłoby nic widać, gdyby nagrodzony nie przyświecał wszystkim przykładem. A jakoże wybijał się z mroku, fantastyczna czwórka bez problemów go zlokalizowała. Yossa lekkim ciosem w łeb obezwładnił nieszczęśnika, Signur wyczarował worek, do którego Shadowtears własnoręcznie wpakował biedaczynę. Zanim oszołomiony tłum zdołał zareagować, drużyna eks-paladyna była już poza terenem konwentu.

Godzinę później w kazamatach, po wyjęciu z wora

– O czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć – rzucił filozoficznie Singur do pojmanego.

– Czy masz na myśli to, że przesłuchanie nie ma sensu? – zapytał Shadowtears, ostrząc sobie zęby na myśl o szybkim ścięciu głowy więźnia.

– My go musieć przepytać – stwierdził Yossa, po raz kolejny wykazując się barbarzyńską intuicją.

Spętany więzień spoglądał to na jednego, to na drugiego oprawcę, niewiele rozumiejąc z całej tej sytuacji.

– Co jest? Dlaczego? – zapytał, pełen dobrej wiary i nadziei, że zaraz wszystko się wyjaśni.

– Cicho siedź! – warknął Shadowtears. – Czy ktoś pozwolił ci mówić? Masz odpowiadać na pytania, albo siedzieć cicho.

– Ale…

– Mówiłem: cicho! I żadnych „ale”! Chyba nie zdajesz sobie sprawy z powagi sytuacji. Przyjrzyj mi się uważnie. Jestem największym złem, jakie mogło ci się przytrafić. Materialną manifestacją najgorszych koszmarów. Jak byłeś mały i zastanawiałeś się, czy spod łóżka nie wyjdzie potwór i nie urwie ci główki, towarzyszyłem ci, ukryty pośród cieni. Znam cię lepiej niż ty sam siebie. Znam twoje sny i twoje pragnienia. I tak dalej…

– Ał! Ale gadka – stwierdził Artmar z podziwem. – Sam bym lepiej tego nie powiedział.

– Ale…

– Nie słyszał, co paladyn mówił! – zawył Yossa, sprzedając więźniowi lekkiego kuksańca, po którym nieszczęśnik długo nie mógł dojść do siebie.

– Dobra, co z nim robimy? – próbował wykorzystać sytuację Signur.

– Pytamy, oczywiście. Ale ja nie mam do niego cierpliwości – stwierdził Shadowtears.

– Ale… – znów odezwał się biedaczyna.

– CICHO! – zawyli jednocześnie.

– Ale… – nie dawał za wygraną.

– Bo jak ci przyp…

– Ale ja was, panowie, podziwiam – wykrztusił wreszcie pojmany.

W kazamatach zapadła nerwowa cisza, którą przerywało jedynie kapanie wody i ciężki oddechy zmęczonego całą akcją Shadowtearsa. Fantastyczny czwórka myślała…*

[* Przeciętny goblin nie nazwałby tej operacji myśleniem. Dla niego byłby to zwykły proces przebiegający w jego pustej łepetynie.]

SHADOWTEARS: Oj, ciężko dziś mi się myśli. To pewnie dlatego, że się rano nie ogoliłem.

YOSSA: Zjeść coś bym chciał.

ARTMAR: On nie jest nawet taki zły…

SIGNUR: Wybaczę mu jak poprosi o autograf. I powie, że jestem najlepszy. I przeprosi za wszystko. I…

Sytuacja zaczynała się komplikować. Zszokowani herosi nie bardzo wiedzieli, co począć. Patrzyli jeden na drugiego, zastanawiając się, czy przypadkiem ktoś nie zrobił ich w jajo.

– Słuchaj, chłopcze – zagadał w końcu Shadowtears. – Ktoś powiedział nam, że wymyśliłeś Nowy Styl. I że nie będzie już grubych podręczników z mnóstwem gadżetów. Spójrz mi w oczy i odpowiedz: czy to prawda?

– Nowy Styl? To wszystko dla picu. Nie ma się czym przejmować. Ja też lubię wygrzew, rąbankę i PeDeki. Ale nieźle to wygląda, jak się od tego wszystkiego niby odcinasz. Wiecie, robisz taką Wielką Akcję i nagle inni zaczynają wierzyć, że to jest coś nowego.

– Yossa nie rozumieć. Ty mówić jasno!

– Cienkie podręczniki mają mnóstwo zalet. Małe koszty, duże przebitki, jeszcze większe zyski. A bez jakiejś ideologii się nie sprzedadzą. No bo kto o zdrowych zmysłach chciałby grać stworami Frankensteina, marionetkami, albo chodzić i mordować wszystko, co się rusza? Albo bawić się w meta-sesje?

– Z tym chodzeniem i mordowaniem to nie jest zły pomysł – zauważył Artmar. – My to przecież robimy już od lat…

– Ale wy jesteście zacofani. Nie zdajecie sobie sprawy, że za tym mordowaniem stoi większa idea! Że to skok naprzód od nie-mordowania. To taki powrót do źródeł. Postmodernizm!

– Wiemy, wiemy – wciął mu się w słowo Signur. – Postmodernizm, awangarda i inne takie cosie. A Absynt* przynajmniej piłeś?

[* Absynty był ulubionym napitkiem romantycznych poetów. Z tego też powodu Signur przepadał za nim, choć nie bardzo mu smakował. Nawet z cukrem.]

– Ja? Nie. Ja z tych niepijących…

– A! To wszystko rozumiem – ożywił się Shadowtears. – Niepijący…

To ostatnie słowo zabrzmiało w ustach upadłego paladyna jak największa obelga. Na świecie nie było bowiem dla niego gorszej rzeczy niż abstynent. Shadowtears nie dość, że nie przepadał za niepijącymi, to jeszcze im nie ufał. A najchętniej wysłałby wszystkich do Syjonu.

– Co rozumiesz? – dopytywał się zaciekawiony Artmar.

– Wszystko – odwarknął Shadowtears. – Jak się jest trzeźwym, to się chce odgrywać jakieś postacie. Rozwiązywać zagadki i wczuwać w role. To prowadzi do przeróżnych zwyrodnień, takich jak storyteling albo to, tfu, nowostylowanie. Normalny gracz przychodzi na sesję albo pijany, albo z ochotą do picia. Innego wyjścia nie ma. A jak nawet jest, to ja, JA, go nie uznaję. Jasne? Ka-pe-wu?

– Pewnie, pewnie, nie denerwuj się, stary – próbował opanować sytuację Signur. – Wiem co czujesz. Dobrze pamiętam, jak pomyliłeś miotłę z mieczem i próbowałeś nią zabić smoka.

– A co to ma do rzeczy?

– Nie wiem… Po prostu tak mi się przypomniało.

– No, ale co z nim zrobić? – zapytał Yossa. – Wpier…, w dyby i do lochu?

– Panowie, panowie! Nie róbcie mi krzywdy! Jestem jeszcze młody. Tyle przede mną. Mam niejeden poemat do napisania!

– Co!!! – zakrzyknął Signur. – Poematów ci się zachciewa? To znaczy, że ty chcesz władzy! Bo kto pisze poematy, ten ma władzę!

– To co z nim zrobimy? – nieustępował barbarzyńca. – Czas niepotrzebnie marnować. Lepiej jakieś dzifki i piwo niż kazamaty i biedaczyna…

– W porządku. Oszczędzimy go. Pod jednym jednak warunkiem – mówiąc to, Shadowtears nachylił się nad nieszczęsnym więźniem, i ciągnął dalej: – A właściwie pod dwoma. Po pierwsze, nigdy więcej żadnego Nowego Stylu. Po drugie, skocz po piwo. Panowie, ja mam tylko piątaka. Dołóżcie coś chłopakowi.

Nastąpiła krótka zrzuta, po której twórca Nowego Stylu uruchomił się nożnie i skoczył po piwo dla fantastycznej czwórki, która kolejny raz uratowała świat.

Pół roku później

Znudzeni bohaterowie wylegiwali się w słoneczku, grzejąc swe zmęczone kości i licząc zdobyte ostatnio PeDeki oraz skarby. W ich głowach kiełkowały coraz to nowe pomysły, jak wykorzystać dopiero co zagarnięte bogactwo. Zanim jednak podjęli decyzję, zbliżył się do nich tajemniczy osobnik, znany pod kryptonimem X.

– Panowie, panowie – rzucił od razu, nie czekając na reakcję czy zaproszenie. – Musicie ratować świat. Ten człowiek, który wymyślił Nowy Styl, teraz opracował coś jeszcze gorszego. Rynek zaatakowały KRYSZTAŁY CZASU edycja trzecia. Wielki powrót do pierwszego szczebla. Same figurki i kostkomania. Dziesiątki mocy, talentów, czarów, magicznych przedmiotów i współczynników. To nas zabije!!!

– Masz rację – odezwał się Shadowtears i błyskawicznie sięgnął po kuszę. W powietrzu rozległ się świst wystrzelonego bełtu i X zwalił się na ziemię z przebitą szyją. – Dość leniuchowania, chłopaki. Czas zmienić edycję! Słyszałem, że upadli paladyni dostali ekstra miecze, a czarnoksiężnicy, Artmar, takie zaklęcia, że oko bieleje.

I fantastyczna czwórka odeszła w stronę zachodzącego słońca, by raz jeszcze zmienić edycję i stać się kimś, kim nigdy wcześniej nie byli… Ale to zupełnie inna historia i innych 24 000 znaków…

więcej...