Stare jest piękne, czyli kolejna opowieść o Yossie i przyjaciołach

oraz o okresie przekwitania (andropauzie) Tomka Kreczmara i Andrzeja Miszkurki

 Andropauza RPG – okres niemocy twórczej, następujący po okresie wzmożonej aktywności.

– Dawać mi tu RedBulla*! – krzyknął Shadowtears, domagając się kolejnej porcji swego ulubionego napoju. Długo nie czekał na reakcję. Na jego głowie wylądował ciężki bojowy kierpec.

[* Drodzy szefowie firmy Red Bull Gmbh, pamiętajcie o nas. Redaktorskie pensje nie są zbyt wysokie, a wydatki wcale nie maleją. Zresztą: któż z nas nie chce mieć skrzydeł?]

– Siedź cicho, degeneracie i ochlajusie! – wrzasnął Artmar, przewróciwszy się na drugi bok. – Czego się miotasz? Mało ci było tego świństwa wczoraj? Jeszcze teraz jedzie od ciebie landrynkami!

– Chcę mojego RedBulla! – nie chciał ustąpić Shadowtears.

– Wyślij po niego Kulfona – rzucił słuszną uwagę Signur.

– No co ty, Signur? Wytrzeźwiałeś czy co? Przecież trzy tygodnie temu wymieniliśmy Kulfona na trzy „Uroki żony Katana”.

– Był wart więcej! Słabo się targowałeś!

– Tylko mi tu bez takich! Sam chciałeś, coby to szybko załatwić! Suszyło cię jak cholera. Łapska trzęsły ci się jak wtedy, gdy po raz pierwszy spotkałeś tą, no… jak jej tam było?

– Zamknij się! – warknął Signur, podnosząc się powoli z barłogu.

– He, he! – zaśmiał się obleśnie Shadowtears. Dobrze wiedział, jak przypiec biednemu, romantycznemu elfowi.

Wtrącenie pierwsze

Taka niestety jest rzeczywistość, Drogi Czytelniku. Wszyscy bohaterowie gier fabularnych – niezależnie od systemu – tak kończą. Zapomniani, pozostawieni gdzieś na dnie szuflady, pośród innych kart i szpargałów. Tęsknie wyczekują chwili, gdy jakiś gracz raz jeszcze sięgnie po nich i wleje nieco życia w puste liczby zapisane na białym papierze… Tak więc, kiedy będziesz szedł na sesję do swojego Strażnika Tajemnic lub Narratora (tfu, co za ohydne określenie), wspomnij swego Czarnego Rycerza z 20. poziomu albo Półboga, który jeszcze niedawno miotał przemianę za przemianą. Uderz się w pierś i powiedz: „Niech wrócą te piękne dni, kiedy plądrowaliśmy podziemia, zabijaliśmy i rzucaliśmy kostkami. W dupie mam cały storytelling, nowoczesne wynalazki, puszczenie muzyki na sesji, tworzenia atmosfery i inne takie. Jestem Kryształowcem. Zawsze nim byłem i zawsze będę. Nie wstydzę się tego. I pragnę raz jeszcze zanurzyć się w dziesiątkach tabelek, setkach współczynników, magii kości i matematycznych obliczeniach”. Gdy dojdziesz już do takiego wniosku, przekonasz swoich przyjaciół, a oni swoich i tak dalej, i tak dalej – my być może będziemy mogli wznowić KRYSZTAŁY CZASU i wydać dodatek Świat Almohadów, co zaś pozwoli nam i naszym przyjaciołom zarobić trochę kasy. A przecież o to chodzi, prawda?

– Więcej życia, dzifko! – warknął przez sen Yossa, budząc swych zmęczonych towarzyszy. Przez zabite dechami okna wpadały promienie wiosennego słońca, pieszcząc naszych bohaterów i tańcząc na podniszczonym rynsztunku, popękanych naczyniach, kościach bawołów opasów i całym tym szajsie, który można znaleźć zapisany na karcie postaci pod hasłem „Ekwipunek”.

– Czy to już koniec? – zapytał zmęczonym głosem Shadowtears. – Czy w końcu się przekręciliśmy?

– Nie – stwierdził autorytatywnie Artmar. – W końcu Wstąpiliśmy, osiągnęliśmy ostateczny szczebel ewolucji. Chrzanioną nirwanę. Równowagę pomiędzy czi a kai, feng shui i viet woo dao, WAMPIREM i WILKOŁAKIEM.

– Ty to chyba wstąpiłeś do baru na piwo, magu od siedmiu boleści. A ja to co najwyżej zaraz wstąpię do klopa, bo rzygać mi się chce, zapijaczona pokrako. Jesteś tak beznadziejny, że nawet głos czarnoksiężnika, którego dawno temu pokonałeś, cię opuścił. A właściwie to jak to było? To twoja żona cię dla niego opuściła, czy może on dla twojej żony?

– Zamknij się! Bo cię zamienię w kupę gówna, zawszony, padalcowaty, chuderlawy trawojadzie! Jeszcze jedno słowo…

Milczcie!!! – w głowach naszych bohaterów rozległ się tubalny głos. – Ja tu próbuję stworzyć jakiś nastrój! Poprowadzić coś ciekawego, zawiązać jakąś akcję. A wy co?

Wtrącenie drugie

Zapewne wiesz, nasz Drogi Czytelniku, że poza ewolucją w grach fabularnych, nastąpiła również ewolucja wśród Mistrzów Gry (aczkolwiek nie wszyscy się na nią załapali). Kiedyś prowadzący musiał być dobry w rzucaniu kośćmi, losowaniu skarbów i spotkań. Przydatna była znajomość zasad i języka obcego (chociaż – jak udowodnili nasi przyjaciele – nie był to warunek konieczny), a gdy na dodatek potrafił wykorzystać wszystkie moce przeciwnika… W dzisiejszych czasach Mistrz Gry, Narrator (tfu, ale gówniane określenie), Strażnik (phi!) Tajemnic, Starosta Gry czy też Wielki Pompon (w systemie, który właśnie przygotowujemy do druku i który podbije świat w ciągu trzydziestu dni od wyjścia w trzech językach – polskim, poprawnym polskim i według nas poprawnym polskim) musi umieć wszystko: tańczyć, czytać, recytować, dawać… i haftować. Co gorsza, robią jeszcze jakieś puchary czy inne turnieje i sprawdzają jego umiejętności. A to czy nastrój oddaje, albo mapę narysować potrafi, opowiedzieć coś. Gdzie się podziały, tamte całonocne sesje, kiedy stukało się smoka za smokiem? Demona za demonem! Anioła za aniołem!!! Wstań teraz, nasz Drogi Czytelniku, i powiedz głośno: „Chcę dawnych sesji! Precz ze świecami, rekwizytami, nastrojem i klimatycznymi przygodami! Niech żyją labirynty śmierci! Niech żyją bezsensowne światy fantasy! Niech żyją KRYSZTAŁY CZASU, AD&D i…!”. Nieważne co, byleby tylko było dać komu po mordzie i dużo PeDeków za to dostać.

Jak to co? Nic. Nasi bohaterowie w żaden sposób nie zareagowali na brutalną zaczepkę Siły Wyższej. Ich kłótnia w kilka chwil przerodziła się w awanturę, awantura zaś – w bijatykę, a ta z kolei – w rozróbę. Wreszcie, po jakiś 5 sekundach pełnej zaciętości walki, zmęczeni herosi padli tam, gdzie stali, by raz jeszcze zastanowić się nad swym smutnym losem.

– Tak… dalej… być… nie… może… – wystękał Signur, ocierając rękawem rozbitą wargę.

– Dzifka – poparł go Yossa. – Golonken w morden!

– Do czego zmierzasz? – spytał Artmar, próbując wstać. Zanim jednak Signur zdążył mu odpowiedzieć, rozległ się głos, który pochodził zewsząd i znikąd.

Ten, który chce odnaleźć spokój i radość straconą, pójść musi tam, gdzie słońce wstać nie chce, a księżyc nie może. Gdy dotrze już do owego miejsca, stanąć winien tak, jak nie stanął nikt jeszcze przed nim. Potem zaś niech trzy razy wypowie magiczne zaklęcie, które zna tylko ten, co go nie znają i od lat zapominają. Dopiero wtedy wszystko powróci do normy i znów będzie można tylko rzucać kostkami.

Zapadła grobowa cisza, którą dopiero po chwili odważył się przerwać Shadowtears.

– Przepraszam bardzo, kto mówi?

Cisza.

– Przepraszam bardzo, czy mógłbyś powtórzyć, bo nie dosłyszałem?

Cisza.

– Przepraszam bardzo, o co ci chodzi?

Cisza.

– Chłopaki, wiecie kto to był? I czego chciał?

Cisza.

– No co jest? Umarliście czy co?

Cisza.

W końcu bystry Signur postanowił się zlitować nad dzielnym paladynem i rzekł:

– Prawdę jest w stanie dostrzec tylko ten, co nic nie widzi, ale czuje, że nic nie słyszy.

– CO?! – Shadowtears czuł się co najmniej nieswojo.

– Tylko człek czystego serca może przekroczyć wrota niebiańskiej puszczy i zamoczyć stopę w otchłani spokoju – dodał od siebie Artmar.

– I dzifka może mieć dwie twarze – stwierdził niezwykle przytomnie Yossa.

– Do jasnej cholery! Co się z wami dzieje?

– Ciiiii… – szepnął konspiracyjnie Artmar. – To zemsta tego na górze. Zawsze wtedy, kiedy się zdenerwuje, przysyła jakiegoś wariata, który gada jak potłuczony. Zamiast powiedzieć wprost, komu, gdzie i za co trzeba przywalić, on daje jakieś zagadki, wywołuje napięcie i coś tam jeszcze.

– No dobrze, ale co z nimi? – dopytywał się upadły paladyn.

– Podlizują się mu – szeptał dalej Artmar. – Po palcu do… Sam zresztą wiesz. Ty też nie jesteś bez winy. Przypomnij sobie, jak udało ci się osiągnąć ostatni poziom. Co w zamian zrobiłeś? Ta krucjata była chyba niepotrzebna, prawda? I jeszcze odbijanie jakichś niewolników! To do ciebie niepodobne.

– No tak! Ale najwyższy powiedział, że takie są reguły. I każdy paladyn, który chce osiągnąć 134 poziom, musi zrobić to, to i to. Nie miałem innego wyjścia.

– Oni też nie mają wyjścia. Wiesz przecież, że Signur jest czarodziejem wysokiego poziomu, a czarodziej, aby osiągnąć następny poziom, musi opracować zupełnie nowe zaklęcie z jeszcze nie istniejącego kręgu.

– No dobrze, ale to, co on robi, nie ma nic wspólnego z czarami.

– Mówiłem ci już, że mydli Mu oczy.

– A Yossa?

– Yossa po prostu za dużo albo za mało wypił.

– A ty? Czemu zachowujesz się normalnie.

– Bo jestem czarnoksiężnikiem, a według nowych zasad, które pojawiły się w ostatnim, 357. dodatku, czarnoksiężnik awansuje na poziomy bez większych problemów.

– To niesprawiedliwe!

– Któż powiedział, że świat jest sprawiedliwy? Przecież paladyni też mają bonusy. Któż inny może być jednocześnie astrologiem, paladynem i zabójcą?

– No dobrze – zgodził się łaskawie Shadowtears. – Ale co z przepowiednią? Słyszałeś, co On mówił? I czego od nas chciał?

– Słyszałem, ale nic już nie pamiętam. To zresztą i tak nieważne: dokąd nie pójdziemy, trafimy tam, gdzie powinniśmy. On, mimo że sztuka prowadzenia posunęła się do przodu, jest wyznawcą liniowych przygód. Nie przygotował się do niczego innego, więc i tak dotrzemy na miejsce. Musimy tylko wyruszyć.

– Zalewasz! Nie wierzę.

– Nie? Wiesz, gdzie jest ten duży głaz za miastem?

– Pewnie. To tam, gdzie powiesiliśmy tych opryszków, co chcieli nam zabrać „Żony Katana”.

– No właśnie. Mogę się założyć, że czeka już tam na nas następna wskazówka.

– Dlaczego akurat tam?

– Jestem Mistrzem Wiedzy i czytałem ten sam artykuł o układaniu przygód autorstwa Miłosza, co on.

– Jakiego Miłosza?

– Nie przejmuj się, to tylko taki mały przydupasek rednacza.

– Jakiego znowu rednacza?

– O bogowie – westchnął Artmar. – Chodźmy już lepiej. Przygoda czeka.

Wtrącenie trzecie

Według najnowszych teorii, wyznawanych przez nowoczesnych Masterów, istnieją przygody liniowe i nieliniowe. Te pierwsze są godne pogardy, a te drugie – wręcz przeciwnie. Problem jednak polega na tym, że o ile wszyscy wiedzą, na czym polegają liniówki, o tyle nikt nie ma pojęcia, o co chodzi w tych drugich. Nawet najwięksi teoretycy RPG nie są w stanie wyjaśnić, co tak naprawdę mają na myśli, wspominając genialność owych nieliniowych scenariuszy. Czy chodzi o bohaterów niezależnych? A może złożoność fabuły? Fakt jest faktem – w przygodach nieliniowych rzadziej można komuś przywalić, mniej rzuca się kośćmi, gracze muszą więcej myśleć. Tak więc, jeżeli na tym ma polegać ich wyższość, my mamy to – delikatnie ujmując – w nosie.

PS. Mick Jagger stwierdził kiedyś, że wszystko w życiu kręci się wokół seksu. Może tak jest, ale nie w przygodach. Tu wszystko kręci się wokół wygrzewu. I tak powinno zostać. Niech idą na szczaw wszyscy reformatorzy, niezrealizowani aktorzy czy reżyserowie. Jak chce im się odgrywania ról, to niech se wstąpią do szkoły aktorskiej albo zaczną robić karierę polityczną, a nam dadzą spokój. My chcemy rzucać kostkami, zbierać skarby, zabijać potwory i awansować na poziomy.

Głaz leżał tam, gdzie miał leżeć. Nie za daleko od miasta (aby przypadkiem drużyna po drodze się nie zgubiła) i tuż obok drogi (aby przypadkiem ktoś go nie przeoczył). Był wielki, ciemny i samotny… Związanych z nim było mnóstwo opowieści – jedna bardziej przerażająca od drugiej. Miejscowi mawiają, że każdej nocy spotykają się przy nim niedobitki Kryształowców, rozpamiętujących dawne czasy. Tutejszy głupek, Jędruś, ma inne zdanie na ten temat. Według niego na kamieniu stołują się prawdziwi mieszkańcy Orkusa – ci, co nie lubią się odchudzać i lubią mięcho, a nie jakieś sałatki, choćby owocowe. Prawda jednak była znacznie bardziej przytłaczająca. Od pewnego czasu samotny głaz przemienił się w miejsce sabatów członków PEŚMu, czyli Powszechnego Episkopatu Śmiesznej Mordy. Te nieszczęsne istoty, zwane Kainitami (nikt nie wie, dlaczego nie można o nich mówić po prostu „wampiry” lub „krwiopijcy” czy „felusie”, albo „fredzie” – wyraźnie mają jakiś kompleks niższości), cierpiały strasznie każdej nocy (w dzień zresztą też, ale do tego się nie przyznawały), wspominając swe utracone człowieczeństwo i śmiertelność. Nasi bohaterowie również ich spotkali, choć wcale nie zapadł zmrok (najwyraźniej alergia na słoneczne światło owych istot to zwykła plotka). A spotkanie owo wyglądało tak:

– Wydaje mi się, że przy głazie ktoś jest – stwierdził Shadowtears, krzywiąc niemiłosiernie gębę.

– Eeee, to tylko cień – uznał Signur, który miał ostatnio kłopoty ze wzrokiem i nie potrafił odczytać szyldu karczmy z kilku metrów (jego mama ciągle powtarza mu, żeby poszedł do jakiegoś specjalisty).

– Chyba ten fakt cię nie zaskoczył? – spytał retorycznie Artmar. – Mówiłem przecież, że kogoś tu spotkamy.

– Kładź się, dzifko – wykrzyczał przez sen Yossa i zaczął głośno chrapać.

– Kim są i ilu ich jest? – dopytywał się Signur.

– Widzę kilka ciemnych postaci w czarnych strojach, z mrocznymi malunkami na twarzach.

– Rety! To faceci z pomalowanymi paznokciami i ustami!

– Pedały*?!  Gdzie?! – obudził się nagle Yossa, podskakując w siodle.

[* Autorzy tego tekstu nie mają nic przeciwko kochającym inaczej, czyli przedstawicielom mniejszości charakteryzującej się inną orientacją seksualną. Owszem, mogą nie przepadać za pomalowanymi facetami. Ale to zupełnie inna historia.]

– Chciałbym, żeby to były pedały, drogi Yosso – powiedział posępnie Artmar. – Niestety, mamy do czynienia z najgorszym. To… to… to… wiecznie cierpiący PEŚMowcy.

– Kim są ci PED… PEŚMowcy?

– To następny krok w ewolucji gier role playing. Przyjrzyj się im dobrze. Kiedy nas zabraknie, oni zajmą nasze miejsce.

– Żartujesz? – zdziwił się szczerze Shadowtears. – Te cioty zajmą nasze miejsce? A kto przywali smokowi w łeb?

– Nikt, albowiem nikt smokami nie będzie się interesował. Kiedy my odejdziemy, w grach fabularnych chodzić będzie już tylko o odgrywanie cierpienia, tworzenie nastroju i opowiadanie historii grozy.

– To straszne! Zabijmy ich!

– Chwileczkę, panowie – przerwał im tą miłą konwersację Signur. – Może najpierw dowiemy się od nich wszystkiego, co?

– Hmm… – zastanowił się Artmar. – Może masz rację?

Nasi bohaterowie statecznym krokiem ruszyli w kierunku grupki postaci, zebranych wokół głazu. Nie śpieszyli się zbytnio, by nie wystraszyć nieszczęsnych istot – one i tak już wystarczająco dużo wycierpiały. A czekało ich jeszcze wiele przykrych chwil.

– Ahoj! – zagadnął Shadowtears.

– Witajcie, śmiertelnicy – odpowiedział mu najbardziej blady z PEŚMowców. – Dlaczego przerywacie nam medytacje?

– Mamy sprawę – stwierdził prosto z mostu Artmar. – Nasz Mistrz Gry umieścił was tutaj w jakimś celu. Mówcie więc, co jest grane. Komu, gdzie, za co i ile trzeba przyłożyć?

– Co? – nie rozumiał PEŚMowiec.

– Szerzej nogi… – zawył podenerwowany Yossa, który od urodzenia nie lubił wampirów, wilkołaków, podmieniców, upiorów oraz wielkanocnych pisanek. Wszystkie te rzeczy zwykł miażdżyć już od maleńkości.

– Powiedzcie, proszę, co macie do powiedzenia. Nie męczmy się bezsensownym odgrywaniem tej sceny. Szkoda czasu. Zaraz będzie walka – powiedział przytomnie Shadowtears.

– Nie rozumiem was, śmiertelnicy – nie spuszczał z tonu Kainita.

– Jak ja mu zaraz… – warknął Shadowtears.

– Stój! – powstrzymał przyjaciela Artmar. – To zawsze zdążymy zrobić. Wiem, że jeszcze na dzisiejszej sesji nie było walki, ale najpierw dowiedzmy się wszystkiego, a później ich załatwisz.

– Jestem Doro – rzekł najbledszy z PEŚMowców, jakby dla rozluźnienia sytuacji. – Książę tego miasta. Pochodzę z klanu Doreatów. Zebraliśmy się tutaj, aby omówić plany przed nadejściem Apokalipsy.

Nasi bohaterowie nie mogli wyjść z podziwu.

– Jakiego miasta? Tu nie ma miasta?

– Apokalipsa? O co mu chodzi?

– Co za klan, do jasnego Kurzymisia?

– Już dochodzę!

– Panie – odezwał się inny z PEŚMowców. – Posmakujmy ich krwi. Z tymi przybłędami nie uda nam się dogadać.

– Milcz, sługo! Nie marnuj swych zębów na niewartych tego śmiertelników. Nie jesteśmy zwierzętami, które zabijają wiedzione instynktem. Niegdyś byliśmy ludźmi, artystami, geniuszami, miłośnikami sztuki…

– …ciotami… – zaproponował Shadowtears.

– …leszczami… – rzucił Signur.

– …idiotami… – wtrącił Artmar.

– …eskapistami – zakończył Yossa.

Stwierdzenie Yossy bardzo rozsierdziło PEŚMowców. A jego przyjaciół zdziwiło. Yossa, zaskoczony faktem, iż wszyscy wpatrują się w niego z niepokojem, od niechcenia wzruszył ramionami.

– Szkoda czasu – przerwał niemiłe milczenie Shadowtears. – Gadajcie, co macie do powiedzenia.

– Nic wam nie powiemy, barbarzyńcy. Nie jesteście godni, by słuchać naszych słów i oglądać nasze twarze. Odejdźcie, nim będziemy musieli zakończyć wasze marne żywota.

– Ale p..doli!

– Do boju, panowie! Tego Doro bierzcie żywcem!

Walka trwała niecałych siedem mgnień wiosny. I zakończyła się zgodnie z przewidywaniami. Jeszcze raz brutalna siła zwyciężyła niewydojone pierdoły. Przy życiu został tylko jeden z wampirów – błagający o litość Doro. Szkoda jednak marnować cenny czas na opowieść o tym, jak nasi bohaterowie wyszarpnęli z jego umysłu potrzebną w dalszej części przygody wiedzę (zresztą i tak nie warto było zdobywać tych informacji – wygrzew był tu, jak zwykle, najważniejszy). Grunt, że Shadowtears, Artmar, Signur i Yossa dowiedzieli się czego trzeba i, podbudowani moralnie swoimi czynami, ruszyli w dalszą podróż – do zatopionego w jeziorze miasta R’liech.

Wtrącenie czwarte

W starych dobrych czasach na karcie postaci najważniejsze były dwie cechy – trafienie i liczba zdawanych obrażeń. No, może trzy lub cztery – czasem dochodziła jeszcze obrona i wytrzymałość. Skille, zdolności, wady i zalety, cechy charakteru i inne badziewia znajdowały się co najwyżej w zasadach opcjonalnych, na końcu podręcznika, gdzie nikt nie docierał, lub w odległych planach nastoletnich jeszcze twórców przyszłych hiciorów RPG. Później nastąpiło niezwykłe przewartościowanie. Pojawili się szaleńcy, którzy twierdzili, że kości – przedmiot niezbędny w każdej grze fabularnej (zapomnijcie o AMBRZE, to nie jest system RPG) – są niepotrzebne; że nie ważne są współczynniki, a kreacja bohatera; że nie chodzi o skarby i pedeki, a o opowiadaną historię i związane z nią emocje. To było straszne. W jednej chwili – niemalże z dnia na dzień – wszyscy postanowili porzucić niegdyś szczytne ideały i stać się Prawdziwymi Graczami, cokolwiek miałoby to znaczyć.

Nad jeziorem pełno było wędkarzy, jednak już wkrótce okazało się, że wędkarze wcale wędkarzami nie są, lecz czymś o wiele gorszym, sprzecznym z naturą i zdrowym rozsądkiem. Byli to bowiem tak zwani Badacze lub Odkrywcy Tajemnic, których życie miało tylko jeden cel – popadnięcie w obłęd. Nad brzegami kręciło się całe mrowie owych nieszczęśników. I z każdą chwilą przybywało ich coraz więcej. W powietrzu dał się słyszeć jednostajny zaśpiew, od którego po plecach naszych przyjaciół przebiegły ciarki. Shadowtears i spółka ciągle jeszcze mieli w pamięci wydarzenia opisane w „Mackach szaleństwa”. Musiały minąć miesiące i przelać się hektolitry alkoholu, aby przegnać z ich umysłów przykre wspomnienia. A tu nagle koszmar powrócił (choć niektórzy zwą go Kreczmarem). Pradawne rytuały, tajemne księgi, niezrozumiały bełkot, macki, śluz i kultyści… To wszystko znów czekało na naszych biednych bojowników o wolność RPG. I, mówiąc uczciwie, trochę ich zbiło z pantałyku.

– To niemożliwe – jęknął Artmar. – To znowu oni!

– Jacy oni? – dopytywał się niedowidzący Signur.

– No, ci… ci… pokręceńcy od horroru.

– Badacze Tajemnic?! – zakrzyknęli jednocześnie Yossa i Shadowtears.

– Zgadza się. To oni. Nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Spójrzcie na te przekrwione oczy. Na te wysuszone ciała. O, a tam, w krzakach leży kilkanaście kaftanów bezpieczeństwa. Widzicie ten napis? „Arkham Asylum”!

– Nic nie widzę, nic nie widzę – Signur rozglądał się nerwowo.

– Boś ślepy – skwitował złośliwie Shadowtears. – I co, drogi Artmarku, nie chcesz mi chyba wmówić, że ludzie porzucili taki tryb życia jak nasz, by zająć się czytaniem ksiąg, przesiadywaniem godzinami w bibliotekach lub też przeżywaniem rozterek wewnętrznych, jak tamci Kainici?

– Tak niestety jest. New age, era wodnika, rok smoka, brak kontaktów z kobietami, wyalienowanie, samozagłada… Nazywaj to jak chcesz; fakt jest faktem, że ci biedacy zajmują się okrywaniem rzeczy, przez które później stają się szaleńcami. Ba! Oni to chyba lubią, bo co i raz rzucają się w otchłań absurdu.

– Nie mogę w to uwierzyć. Jak ktoś może chcieć robić coś takiego? Świat się popieprzył…

– Ale my go uratujemy i znowu wszystko będzie po staremu – stwierdził Artmar. – Smoki będą wcinały dziewice na śniadanie obiad i kolację, giganci napadali na karawany, a tacy bohaterowie jak my, chlali, gwałcili, rabowali i sprawowali inne potrzebne społeczeństwu funkcje. Chodźmy, szkoda czasu. Widzicie tamtego faceta? Tego przy samym jeziorze? To musi być ich przywódca!

Nie marnując więcej czasu na pogawędki, czwórka wędrowców ruszyła ku stojącej samotnie postaci, która wpatrywała się w spokojną taflę jeziora. Nieznajomy wbrew pozorom był młodym, miłym człowiekiem. Kiedyś zajmował się leśnictwem, a w wolnych chwilach prowadził kursy żeglarstwa. Niestety, pewnego dnia postanowił zając się psychologią – i to go zgubiło. Odmieniło na zawsze. Pierwszym objawem nadchodzącej choroby były coraz rzadsze wizyty w pewnym miejscu i niechęć do odwożenia pewnych osób do domu.

– Cześć, chłopaki. Jestem Zsołim. Co u was?

– Dobrze, a u ciebie? – odrzekł kulturalnie Shadowtears.

– Pracuję właśnie nad „Dniem Bestii”, największą tajemnicą chultystyczną w tej szerokości geograficznej.

– A to ładnie – znowu nadpodziw kulturalnie stwierdził Shadowtears.

– Fajnie, że ci się podoba. A tak prawdę mówiąc, to kim jesteście? I czego tu szukacie?

– Jestem Shadowtears, upadły paladyn i wspaniały rycerz, słynny na całym świecie pijanica i łamignat. A to moi pomocnicy: barbarzyńca Yossa, wielki jak brzoza i głupi jak nie powiem co; mag Signur, ślepy i przygłuchy, ale ma jaja i kartę kredytową; a ten ostatni to Artmar, czarnoksiężnik od siedmiu boleści. Żona go niedawno rzuciła i odeszła z chichotem czarodzieja, którego niegdyś pokonał.

– A…! To wszystko tłumaczy. Może przysiądziecie się na chwilkę? Zaraz z jeziora wyłoni się macka i wszyscy oszalejemy. Będzie ubaw!

– Nie, nie, nie! To nie dla nas. Jesteśmy z innej szkoły. Konserwatywnej. Macki to my ucinamy…

– Ucinacie macki!!! Że też nikt na to nie wpadł! Przez tyle lat zajmujemy się tym problemem i zawsze staramy się znaleźć rozwiązanie pokojowe. Czy wiecie, że kiedy bohaterowie wyciągają broń, oznacza to, iż popełnili gdzieś błąd?

– Nie wierzę! Błąd! U nas się od tego zaczyna!

– A poza tymi mackami, to coś tu jeszcze jest? – dopytywał się Artmar. – Właściwie, to źle się wyraziłem. Gdzie kończą się te macki?

– Tego nie odkryliśmy w żadnej z ksiąg. Powiem wam zresztą w tajemnicy, że chyba żadnej nie udało nam się przeczytać do końca. Czytelnik zawsze popadał w obłęd nim dotarł do ostatniej strony.

– Ja też kiedyś czytałem taką książkę – odezwał się Shadowtears. – I też nie dotrwałem do końca. Nazywała się… zaraz…

– „Pan Tadeusz”! – zakrzyknął radośnie Yossa. – Czytałem!

Nie po raz pierwszy ostatnimi czasy Yossa zaskoczył swych przyjaciół tak niezwykłym wyznaniem. Coś działo się w duszy barbarzyńcy. Coś wielkiego i zarazem tajemniczego. Być może był to początek przemiany duchowej, ewolucji, lecz nasi towarzysze daliby sobie w łeb strzelić, że chodziło tu raczej o przejście od seksu teoretycznego do seksu praktycznego – cokolwiek miałoby to znaczyć.

– Wiesz, Zsołim, miło się z tobą gada. Fajny chłopak jesteś, choć te macki… Przyłącz się do nas, brachu. Pokażemy ci, co robić z takimi oślizgłymi odnóżami.

– Ja?! Nie, nie mogę. Muszę pilnować mych towarzyszy. Muszę wskazywać im drogę i zachęcać do popadania w obłęd. Jestem ich guru, wiecie…

– Jak nie możesz, to nie możesz. Ale chociaż spróbuj nam pomóc.

– Zrobię wszystko, co w mojej mocy. Pytajcie…

– Nie znasz może jakiegoś obejścia albo skrótu. Bo, wiesz, my właśnie bierzemy udział w liniowej przygodzie i zostało nam mało czasu – nieśmiało wydukał Shadowtears.

– Skrótu? Znam skrót do R’liech! Bardzo dobrze go znam. Musicie pójść tam, ooo – stwierdził, wskazując kierunek – a później zeskoczyć z tamtego pagórka i już, za zakrętem…

Niestety, Zsołimowi nie było dane dokończyć, gdyż ze spokojnej toni nagle wyłoniła gruba, oślizgła, plugawa, zielonkawo-błękitno-bladawa macka i wciągnęła go do wody. Nasi przyjaciele od razu rzucili się biedakowi na ratunek. Ale było już za późno. Zsołim skończył tak, jak tego pragnął – no prawie, bo pewnie chciał być przynajmniej przez kilka chwil szalony.

– I co teraz? – odezwał się po dłuższej chwili Signur.

– Idziemy do R’liech, skrót już znamy – odparł pewny siebie Artmar.

– Jesteś pewien, że tam?

– No jasne. Tam rozegra się finałowa scena przygody.

– Walka! – zawył Yossa.

– Tak, Yosso, walka. Każda dobra przygoda musi zakończyć się walką. Przecież nie jakimś głupimi pogaduszkami, prawda?

Wtrącenie piąte

Wśród różnych ewolucji w świecie gier fabularnych wyróżnia się również ewolucję graczy. Ci nieszczęśnicy rozpoczynają tak, jak powinni – ich bohaterowie wyrzynają, co się rusza, zbierają skarby i łapią pedeki. Później jednak, kiedy nieco dorosną i stwierdzą, że powinni znaleźć się w elicie (cokolwiek miałoby to znaczyć), zaczynają się problemy. Ich bohaterowie koniecznie muszą cierpieć! I to najlepiej bardzo cierpieć za bliżej nieokreślone przewiny. Są tacy, którzy cierpią tylko psychicznie. Inni jednak kreują postaci kulawe, ślepe, bezrękie – mówiąc w skrócie: bezsensowne. Przecież tacy bohaterowie nie nadają się do prawdziwego RPG, w którym chodzi tylko i wyłącznie o wygrzew. Na drzewo z psychologią!

Z tym skrótem było tak, jak z wszystkimi innymi – ciągnął się i ciągnął, jakby nie miał zamiaru doprowadzić do celu. W końcu jednak nasi bohaterowie dotarli do osławionego R’liech i…

– Czy jesteś pewien, że trafiliśmy pod właściwy adres? – zapytał Signur. – To coś nie wygląda mi na miejsce spoczynku Wielkiego Gulgu.

I rzeczywiście nie wyglądało. Zamiast mrocznych korytarzy, zapisanych znakami o niewiadomym przeznaczeniu, śluzu i macek, zastali air-condition, meble wprost z Ikei, perskie dywany, miłe hostessy i telewizję kablową.

– To musi być jakiś podstęp! Iluzja, albo co? – Shadowtears próbował odkryć prawdę.

– Nie! Tak właśnie wygląda siedziba Wielkiego Gulgu – stwierdziła słodko jedna z hostess, zbliżywszy się do naszej bandy.

– Nie podchodź! – zakrzyknął Artmar. – Jeszcze krok, a przemienię cię w garstkę popiołu!

– Spokojnie, panowie – ciągnęła przymilnym tonem. – Ależ jesteście w gorącej wodzie kąpani…

– Yossa nie kąpać się 15 lat! – zaprzeczył Yossa.

– Tak czy inaczej, zapraszam. Wielki Gulgu was oczekuje.

– E… – niedowierzał Signur. – Skąd wie, że tu jesteśmy?

– On wie wszystko – zakończyła konfidencjonalnym tonem hostessa. – Chodźcie.

Wielki Gulgu wcale nie był taki straszny i wielki. Mówiąc uczciwie, mierzył niecałe 155 centymetrów wzrostu i nie miał nawet jednej macki. Śluzu zresztą też nie wydzielał. Był zwykłym, nie rzucającym się w oczy człowieczkiem. Nieco korpulentnym, w okularach w rogowej oprawce; nosił wyświechtany sweter i stare spodnie. Siedział rozparty na wygodnym fotelu, nogi opierając na stojącym przed nim biurku. Na widok Shadowtearsa i jego drużyny, uśmiechnął się szeroko i rzekł:

– Cóż za spotkanie! Od lat marzyłem, by porozmawiać z wami twarzą w twarz! Wiele czytałem o bohaterskich czynach paladyna Shadowtearsa, czarodziejskich sztuczkach wielkiego Artmara, niezwykłej poezji genialnego Signura i potędze barbarzyńcy Yossy!

– To musi być jakiś podstęp – wyszeptał Shadowtears do ucha Signurowi. – Nie wierzę w ani jedno jego słowo.

– Ja też – odparł elf.

– Usiądźcie, przyjaciele – ciągnął Gulgu. – Napijecie się czegoś? Jesteście głodni?

– Z przyjemnością coś przekąszę – stwierdził Artmar.

– Ani mi się waż! – warknął Shadowtears. – Na pewno będzie chciał nas otruć!

– Ja? Ależ skąd. Po cóż miałbym to robić? W sławetnym „Nekronomikonie” wyczytałem, iż wasza czwórka odmieni losy całego świata miłośników gier fabularnych.

– Jak to? – zapytał Artmar.

– Widzę, że nadal nic nie rozumiecie. Wielki Gulgu to tylko pseudonim. Legenda, która ma odstraszyć tych nowoczesnych dupków. Wielki Gulgu ma trzymać ich z dala od nas i w miarę możliwości sprawiać, aby ich populacja nieustannie malała. My zaś, spokojniutko, siedzimy sobie tutaj, gramy w KRYSZTAŁKI, popijamy pepsi, absoluta, zjadamy chipsy i kiełbaski, bawiąc się jak przystało na prawdziwych erpegowców.

– Nie żartuj. Wobec tego, kim właściwie jesteś?

– Jak to? Nie poznajecie mnie? Spotkaliśmy się już kilka razy. Co prawda wtedy miałem na sobie lśniącą paladyńską zbroję, krótko przystrzyżony wąsik i plus 5 do wszystkiego, ale przecież teraz jesteśmy wśród swoich…

– To ty?…

– Ty jesteś?…

– Tak! Wielki Gulgu i paladyn Arturius to ta sama osoba! To ja! Ja!

Wtrącenie szóste

Mawiają, że historia kołem się toczy. Nie inaczej jest w rzeczywistości miłośników RPG. Ci, którzy przed ponad 25 laty rozpoczęli swą wędrówkę korytarzami podziemnych lochów i zabijali smoka za smokiem, znów powracają do naszej krainy. Tym jednak razem wspiera ich nowa, zupełnie nowa idea: ZEW KRYSZTAŁÓW, czyli MROCZNE CZASY.

więcej...