Pięć lat później

Tomek Kreczmar i Andrzej Miszkurka

Na wstępie chcielibyśmy podziękować wszystkim osobom, bez których powstanie tego tekstu nie byłoby możliwe. Tak więc po kolei. Dziękujemy sobie samym i naszym przyjaciołom, odtwórcom głównych ról. Dziękujemy Witkowi, który zwrócił nam uwagę, że we wszystkich utworach fantasy szkielety są nieinteligentne i pozbawione uczuć. Witku, specjalnie dla Ciebie, postaraliśmy się, aby nasze szkielety nie były sztampowe i płaskie. Dziękujemy Ci również za wspaniałą, drugoplanową postać, której jesteś ojcem i matką. Chodzi nam oczywiście o Kartofla. Przepraszamy, że nie wykorzystaliśmy go w pełni, ale nie przejmuj się – następna Yossa już w drodze. Dziękujemy także Ani, za to, że nauczyła nas, jak należy traktować kobiety, że trzeba je cenić i hołubić, nawet jeśli zabijają się na redakcyjnych schodach. Dziękujemy jeszcze Grzesiowi, za to, że tak wspaniale denerwuje Andrzeja. I, oczywiście, dziękujemy twórcom Kryształów Czasu za wdzięczny materiał do pracy oraz elicie erpegowskiej za elitarność. I błagamy Cię, Yossa, mimo że poznałeś kobietę swego życia: „Nie opuszczaj nas! Chodź z nami czasami do kina i nie tylko!”

Na zakończenie tego długiego wstępu, chcielibyśmy Was zaprosić do kolejnego spotkania z naszymi ulubionymi bohaterami. Tym razem dowiecie się, jak podłożyć świnię jednemu z graczy i ożenić jego postać. Pomyślcie tylko, jakie to Wam da możliwości!

Osoby, które nie wiedzą, czemu ma służyć ten tekst, odsyłamy do poprzednich części. I to by było na tyle.

 

Ciemności nad Ostrogarem były tej nocy nieprzeniknione. Przez gęste, ciężkie chmury nie przedostawała się nawet odrobina księżycowego światła.

– Ał! – przerwał ktoś panującą w jednym z zaułków ciszę. – Ał! – powtórzył chwilę później; w jego głosie słychać było ból.

– Zamknij się – warknął ktoś. – Jeszcze chwila i nas usłyszą.

– Dysk! Znowu wypadł mi dysk!

– Jaki dysk? Po co nosisz jakieś dyski?

– Idioto, chodzi mi o kręgosłup. Boli mnie kręgosłup. Za stary już jestem na takie eskapady. Aż strach pomyśleć, co będzie za dziesięć, dwadzieścia lat.

– Mi też jest ciężko, a nie narzekam. Wiesz co to znaczy schylać się codziennie rano i wiązać nogawice? Robię się od tego cały czerwony i zaczynam sapać. Dobrze, że teraz wyręcza mnie w tej ciężkiej pracy Kartofel.

– Uhałałłł! – przerwał tę jakże interesującą rozmowę trzeci, nie znający sprzeciwu głos. – Ghrum, khał!

– Dobrze, dobrze. Już jesteśmy cicho. Wiem, że to tajna misja…

Trzy cienie, ciemniejsze niż mrok nocy, oderwały się od ściany i ruszyły przed siebie. Spiskowcy nie poruszali się tak, jak przystało na złodziei. Pierwszy szedł sztywno niczym kij, pojękując cichutko przy każdym kroku. Drugi, znacznie od pierwszego wyższy, starał się unikać przeciskających się przez szpary w oknach strumieni światła, które mogłyby odbić się od jego łysej czaszki. Trzeci sapiąc ze zmęczenia starał się nadążyć za swoimi towarzyszami.

– Czy to nie ten dom? – spytał nagle przewodnik.

– Ahem, to tu, poznaję po tej kałuży – potwierdził ostatni, wyciągając nogi z błota, w którym ugrzązł.

– Kładź się dziwko – poparł ich idący w środku osiłek.

– Na rympał?

– Na rympał! Dalibóg…

– Yossa, do dzieła – powiedział przewodnik, wskazując drzwi. Osiłek pokiwał głową, cofną się dwa kroki, wpadając po drodze w kałużę, z której przed chwilą wyszedł Shadowtears, a potem rzucił się do przodu, impetem swoich dwustu kilogramów.

Trach! – rozległo się w ciemnościach nocy. Drewniane drzwi ani drgnęły, za to Yossa odpadł od nich, przewracając się w sam środek nieszczęsnej kałuży.

– Whraaagh! – zawył rozwścieczony i trochę oszołomiony osiłek. Tymczasem Signur, widząc że opcja „na rympał” nie wyszła, zapukał do drzwi (jakby to było potrzebne!), mówiąc do Shadowtearsa:

– Załatwmy to dyplomatycznie.

W tej samej chwili drzwi otworzyły się, ukazując potężnie zbudowanego mężczyznę w czarnej, skórzanej kurtce.

– Czy znacie Sarę Connor? – spytał.

– Artmar? – odpowiedział pytaniem na pytanie Signur.

– Następne drzwi po prawej! – odwarknął mężczyzna, zatrzaskując drzwi przed nosem elfa.

– No widzisz – Signur spojrzał z politowaniem na Yossę, wskazując najpierw głowę, a później bicepsy. – Trzeba mieć tu, a nie tu.

– Żadne obce zło nie dotyka mnie – stwierdził barbarzyńca, gramoląc się na nogi. Dwaj przyjaciele spojrzeli na niego oniemiali.

– Gdzie on się tego nauczył? – wykrztusił w końcu z siebie Shadowtears. – Ty go tego nauczyłeś?

– Skąd. To na pewno ty, albo ten twój giermek. Jak mu tam… Kartofel.

Yossa po raz kolejny przerwał wesołą pogawędkę towarzyszy, odpychając ich na boki i kierując się pod wskazany adres. Signur i Shadowtears wymienili zdziwione spojrzenia, wzruszyli ramionami i ruszyli za barbarzyńcą. Ten przygotowywał się do kolejnego forsowania drzwi.

– Oj, tego bym ci nie radził, Yossa – zawołał ostrzegawczo Signur. – Ta baba to istna żyleta.

Barbarzyńca w odpowiedzi spojrzał ponuro na elfa, potem na drzwi, potem jeszcze raz na elfa, potem jeszcze raz na drzwi, potem jeszcze raz na elfa… W końcu wzruszył ramionami i po raz kolejny tej nocy rzucił się pędem na drzwi. Te jednak, zamiast stawić mu zaciekły opór, otworzyły się zapraszająco. Yossa wpadł do środka z okrzykiem „Kładź się…” na ustach. Stojący na zewnątrz przyjaciele usłyszeli jeszcze huk padającego ciała, pękającego drewna i chichot czarnoksiężnika.

– Cicho tam – rozległ się tubalny głos. Głos, przy którym ryk smoka mógłby wydawać się piękniejszy od świergotu skowronka.

– Do ataku! – krzyknął Shadowtears. – Nie możemy go pozostawić na pastwę tej kobiety.

– Może nie – szepnął Signur, ale było już za późno. Rozwścieczony eks-paladyn osiągnął właśnie prędkość optymalną (czyli 3 sapy na sekundę) i wymachując mieczem wpadł do posesji wielkiego czarnoksiężnika Artmara. Samotny elf usłyszał głośny jęk poprzedzonybrzdękiem. Rozejrzał się na boki, wzruszył ramionami i już chciał się wycofać, gdy nagle…

– Chodź tu! – doszedł go złowieszczy, nieznający sprzeciwu szept.

– Kto? Ja?

– Nie, paladyn Arturius. Chyba przyszedłeś zobaczyć się ze swoim kumplem, prawda?

– No-no-no… tak… – jęknął Signur, powoli podchodząc do drzwi. Jego oczom ukazał się straszny widok. Tuż za progiem stała nieziemskiej urody kobieta o czarnych włosach sięgających pasa. W ręku dzierżyła pokaźnych rozmiarów patelnię wygiętą mniej więcej po środku, zaś jej noga spoczywała na piersiach leżącego na ziemi Shadowtearsa.

– Jeszcze trochę wina, panowie? – spytała słodkim głosem wybranka Artmara.

– No…

– Ten… tego…

– Uhum!

– Niegrzeczni chłopcy. Bardzo, ale to bardzo niegrzeczni. Czy nikt was nie nauczył, że odpowiada się pełnym zdaniem? Na przykład: „tak, poproszę”, albo „bardzo chętnie, dziękuję”, ewentualnie „nie, dziękuję, wystarczy mi tego wspaniałego trunku”.

– Ależ kochanie, nie unoś się. Oni nie chcieli cię obrazić – odezwał się po raz pierwszy tego wieczoru Artmar.

– Nie przerywaj mi, kiedy mówię, słonko! Twoi przyjaciele są tak samo nieokrzesani, jak ty zanim się tobą nie zaopiekowałam.

– Tak, kochanie, masz oczywiście rację. Ale wiesz przecież, że na wszystko potrzeba czasu. W końcu nie od razu Ostrogar zbudowano.

– Czy masz jeszcze coś do powiedzenia, słonko?! Czy chcesz jeszcze podzielić się z nami dalszymi cennymi spostrzeżeniami?! Nie?! To dobrze, bo mam zamiar nauczyć twoich przyjaciół dobrych manier…

– Ależ…

– Dziękujemy…

– Nie trzeba…

– Ghumm!…

– Znowu to samo! Ileż razy mam powtarzać…

Shadowtears przestał słuchać nudnego wykładu ukochanej starego przyjaciela. Cofnął się pamięcią w przeszłość, do dnia, w którym Artmar poznał słodką sikoreczkę, nieśmiałą i delikatną Rozamundę. Wtedy jeszcze nic nie zapowiadało zbliżającej się katastrofy. Jednak po ślubie wszystko się zmieniło…

– A ty, dlaczego mnie nie słuchasz? – wyrwał go z zamyślenia słodki, a jednak twardy głos.

– Ja?…

– Tak, ty, opasły knurze! Czy myślisz, że zjadłeś wszystkie rozumy? Wyglądasz na takiego, co nie lubi sobie odmawiać, ale to nie znaczy, że wraz z pieczonym świniakiem i kuropatwą poznałeś wszystkie prawdy tego świata.

– Mam tego dość! – krzyknął Shadowtears waląc pięścią w stół. – Jak ta kobieta śmie się do mnie tak zwracać? Zaraz pokaże jej, kto tu rządzi! Być może udało jej się zastraszyć ciebie, mięczaku, ale nie nas. Prawda, chłopaki?

– Ehe… – poparli go, ale bez większego entuzjazmu czarodziej-poeta i barbarzyńca.

– Nie unoś się! – odparła Rozamunda. – Lepiej siadaj i słuchaj, bo inaczej nie odpowiadam za siebie!

– A co mi możesz zrobić, kobieto?

– Oj może, może – mruknął Artmar pod nosem, jednak zbyt cicho – na nieszczęście dla Shadowtears.

Rozamunda już szła w kierunku upadłego paladyna. Jej twarz była nienaturalnie spokojna, choć gościł na niej przebiegły uśmieszek. Shadowtears odsunął się od stołu i stanął w bojowej pozycji.

– Musisz wiedzieć, że byłem mistrzem pierwszego kroku bokserskiego w szkole dla paladynów imienia szlachetnego Arturiusa. Radziłbym…

Shadowtears nie zdołał dokończyć. Rozamunda lekkim, tanecznym krokiem zbliżyła się do niego, wykonała dwa szybkie ruchy – i już leżał na ziemi.

– Kobieta mnie bije… – zdążył jeszcze jęknąć, nim kształtna nóżka spotkała się z jego nosem.

– To jeszcze nic, złotko – wysyczała przez zęby Rozamunda. – Następnym razem będzie gorzej. O wiele gorzej…

– Obudź się, głupku! Obudź się wreszcie.

Świdrujący głos przebił się przez ciemność, w której pogrążył się paladyn, i wydobył go ze słodkich objęć nieświadomości. Shadowtears stęknął cicho, a potem otworzył oczy. Ból – gorszy niż po trzydniowym piciu – rozsadzał mu czaszkę.

– Co jest?… Gdzie jestem?… To ty, mamo?… – wybełkotał.

– Nie, durniu. To ja, przeklęty idioto, twój ukochany Signur!

– Ciii… Co się stało?…

– Jak to co, kretynie? Udało ci się wpakować nas do „kozy” – tak przynajmniej tą klitkę nazwała nasza kochana Rozamunda. Powiedziała, że jak posiedzimy tutaj przez nockę, to zmiękniemy.

– Gdzie Yossa?…

– Nie słyszysz? Zżera właśnie dziesiąte pętko kiełbasy. Zaraz zabierze się do pieczonego dzika.

Faktycznie, dopiero teraz Shadowtears zdał sobie sprawę, że słyszy monotonny, powtarzający się co chwila odgłos. To było mlaskanie, co pewien czas przerywane przez beknięcia i chrząknięcia. Yossa nie tracił czasu.

– Zostawił coś dla nas?…

– Nie martw się. Jedzenia mamy tu pod dostatkiem. Na noc powinno wystarczyć.

– To dobrze – westchnął Shadowtears i zamknął oczy, by znowu pogrążyć się w błogiej nieświadomości. Niestety nie było mu to dane.

– Nie rób mi tego – usłyszał głos Signura, który potrząsał nim niczym jakimś chłopem. – Musimy opracować plan…

– Jaki plan? – jęknął Shadowtears. Tak bardzo pragnął zasnąć.

– Musimy ocalić Artmara i nas samych przed tym potworem w ciele dziewicy.

– Co?… – dopytywał się Shadowtears. Najwyraźniej ciężkie przeżycia i znaczny wysiłek fizyczny, który wykonał tego wieczora, osłabiły jego zdolności umysłowe.

– Jak to co, jełopie? Przypomnij sobie, po co tu przyszliśmy?

– A gdzie jesteśmy?

– W spiżarni!

– To pewnie przyszliśmy tu jeść. Zawołaj Kartofla, niech przyniesie wina.

– Ty kretynie – jęknął Signur i litościwie pozwolił Shadowtearsowi powrócić w objęcia nieświadomości. – Yossa, przestań żreć i chodź tutaj. Musimy pogadać!

– Yossa jeść!

– Wiem, że jesz. Przecież nie jestem ślepy! Chodź tu!

– Yossa jeść, potem przyjść…

– Chodź tu, barani łbie!

Barbarzyńca z niechęcią odsunął się od pułki, na której stały liczne specjały, i z kiełbachą w ręku podszedł do Signura. Elf kucał koło omdlałego paladyna, uśmiechając się z politowaniem. W jednej ręce trzymał wspaniałą, czarodziejską laskę, która żarzyła się słabym, różowym światłem. Drugą drapał się po gładkiej, szpiczastej brodzie.

Yossa kucnął obok czarodzieja i spojrzał na niego z zaciekawieniem.

– Jeść? – spytał.

– Nie, nie chcę jeść. Musimy opracować plan ucieczki.

– Ty uciekać, Yossa zostać. Tu być dużo jeść. Yossa lubić jeść.

– Nie, Yossa, musimy uciec wszyscy. Ja, ty, Shadowtears i Artmar.

Yossa spojrzał na Signura z niedowierzaniem.

– Tu ciepło. Tu jeść. Tu zostać. Artmar nie chcieć.

– A co, jak skończy się nam jedzenie – spróbował podstępu Signur.

– Wtedy my pójść.

Elf spojrzał ku niebu i wyszeptał:

– O, Setcie, dlaczego zsyłasz na mnie takie ciężkie próby? – a potem rozejrzał się po spiżarni. Oszacował, że przy apetycie Yossy i Shadowtearsa przesiedzą tu jakieś dwa dni. Nie więcej.

Signura obudziło walenie do drzwi.

– Chłopcy, już świta – usłyszał znajomy głos. – Pora wstawać. Dziś musimy nauczyć się wielu pożytecznych rzeczy.

– Yossa nigdzie nie iść – wybełkotał siedzący pod ścianą barbarzyńca. Wokół niego walały się resztki jedzenia, rozwalone gliniane garnki i butelki po winie.

– Ja też tutaj zostanę, wiedźmo! – odkrzyknął Shadowtears. – Będziesz musiała wyciągnąć nas stąd siłą!

– Chłopcy, nie zmuszajcie mnie do tego – słodki głos zmienił się w nieznający sprzeciwu.

– Ja się poddaję. Chcę stąd wyjść. Nie mam z nimi nic wspólnego. Znalazłem się tu przez przypadek. Nawet nie znam tych dwóch kretynów – krzyknął Signur stając tuż obok drzwi.

– Przynajmniej jest w waszym gronie jeden rozsądny.

– Kto? – spytał Signur.

– A już miałam nadzieję – powiedziała bardziej do siebie niż do chłopców Rozamunda, po czym otworzyła drzwi i z szybkością błyskawicy wtargnęła do środka. Signur odskoczył pod ścianę i uniósł ręce w obronnym geście, jęcząc: „To nie ja, ja nic nie zrobiłem”. Shadowtears i Yossa bronili się z heroicznym wysiłkiem przez jakieś dwadzieścia sekund, ale później ulegli. Rozamunda wyciągnęła całą trójkę na zewnątrz i ustawiła przed drzwiami w szeregu. Zaczęła maszerować wte i wewte przed rozdygotanymi bohaterami, mrucząc coś do siebie i potrząsając głową, tak jakby nad czymś się zastanawiała. W końcu podjęła decyzję:

– Ty – stwierdziła wskazując na Sigunra – posprzątasz w kuchni. Wyrzucisz śmieci i popiół, wyszorujesz stoły i podłogę, a potem umyjesz naczynia. Ty – spojrzała na Shadowtearsa – oczyścisz wychodek. I żebym później nie znalazła w nim nawet jednej muchy! A ty, złotko – skończyła patrząc na Yossę, – ty pójdziesz ze mną na zakupy. Przyda mi się silny tragarz. No to do roboty, do roboty… – klasnęła w dłonie.

– Dlaczego on, a nie ja? – zapytał Signur. – Dlaczego zawsze dostaje mi się najgorsza fucha?

– Milczeć! – przerwała mu Rozamunda. – To ja tutaj jestem od rozdzielania zadań i nie życzę sobie, żeby jakiś długonosy elf mówił mi, co mam robić. Zrozumiano?!

– Uhmm…

– Mówi się: „Tak, proszę pani”.

– Tak, proszę pani.

– Od razu lepiej. A teraz do roboty. Ty idziesz ze mną – wskazała na Yossę, odwracając się od towarzyszy. Bohaterowie spojrzeli po sobie, wzruszyli ramionami i ze spuszczonymi głowami ruszyli do swych zadań.

Signur już gdzieś od godziny walczył z kuchennym brudem. Najpierw wezwał do pomocy kilkanaście duszków-sprzątaczy, ale te odmówiły współpracy, kiedy okazało się, że nie ma złota, a od miesiąca im nie płacił. Potem, przeszukawszy księgę zaklęć, zdołał odnaleźć potężny czar pozwalający „oczyścić szybko i dokładnie każdą powierzchnię” – tak przynajmniej tam napisano. Nie wahając się, utkał to zaklęcie. Wynik przekroczył jego najśmielsze oczekiwania: wszystkie włosy porastające jego ciało zniknęły bez śladu. Przerażony cofnął zaklęcie, co niestety nie przyniosło efektu.

– Nie trudź się. W kuchni mojej żony magia nie działa tak, jak potrzeba. Nawet głos czarnoksiężnika nie czuje się tu najlepiej. Dostaje kataru, zaczyna go drapać w gardle, a czasem nawet się jąka. W ogóle jest z nim nienajlepiej. Ostatnio rzadko się odzywa. Tym bardziej, że moje „słonko” tego nie lubi. A jak ona czegoś nie lubi, to…

– To co tu jeszcze robisz? – spytał Signur starego przyjaciela.

– Już nie raz próbowałem uciec, ale ona działa lepiej i skuteczniej niż wszyscy astrolodzy Katana razem wzięci. Ostatnim razem udało mi się nawet dotrzeć do Chłopskiego Krocza. Ukrywałem się tam jakąś godzinę. A potem przyszła do mnie. Spytała, czy już jej nie kocham. Zaczęła płakać i lamentować. Prosiła, żebym jej nie rzucał, że muszę z nią zostać.

– Kłamie jak pies – odezwał się głos czarnoksiężnika. – Podbiła mu oko i rozkwasiła nos.

– Zamilcz! – warknął wściekły Artmar. – Widzisz co się dzieje? Czy słyszałeś kiedyś, żeby chichot czarnoksiężnika, którego zabiłem przed laty, gadał takie rzeczy.

– Nigdy nie słyszałem, żeby coś gadał.

– No właśnie. To ta kuchnia!

– Czy jest tutaj jakieś bezpieczne miejsce? Gdzieś, gdzie moglibyśmy spokojnie porozmawiać bez wścibskich oczu i uszu?

– Nie – usłyszeli dochodzący z paleniska głos Rozamundy. – Wszędzie mam swoich szpiegów.

Signur i Artmar popatrzyli na siebie zdziwieni.

– Jak ty możesz tak żyć? – spytał elf.

– Nie wiem. Z przyzwyczajenia? To znaczy, oczywiście z miłości. Kocham bardzo swoją żonę. Nawet przez myśl mi nie przechodzi, że mógłbym ją opuścić.

Słuchając słów starego przyjaciele, Signur czuł, że coś tu nie gra. Artmar nigdy nie był pantoflarzem, lubił sobie wypić, podrywać kobiety, a od czasu do czasu wezwać jakiegoś demona. Był potężnym czarnoksiężnikiem, powinien dać sobie radę z każdą babą, nie wiadomo jak groźną.

– Lepiej wróć do roboty – wyrwał Signura z zamyślenia głos Artmara. – Ona niedługo wróci, a jeśli do tego czasu nie posprzątasz kuchni, do nieźle ci się dostanie.

– Może mi pomożesz?

– Nie mam czasu. Muszę jeszcze ułożyć poemat ku jej czci. A wiesz, że układanie rymów nigdy nie szło mi najlepiej.

Signurowi zaświeciły się oczy.

– Ależ przyjacielu. Poemat? Nie ma żadnego kłopotu. Mam setki gotowych rymów na każdą okazję. Powiedz mi tylko, jakąż to rzeczy chcesz opiewać w swym dziele, a ja w kilka chwil napiszę ci co trzeba.

– Dzisiaj jest piąta rocznica naszego ślubu. Zażyczyła sobie, bym przedstawił w poemacie naszą miłość, nasze wspaniałe uczucie, które łączy nas już tak długo.

– To nic trudnego. Zaraz się zrobi. Posłuchaj.

Artmar i Rozamunda żyją sobie długo,

Gniazdo wspólne uwili, gdzie nie wieje nudą.

Pięć lat już się znają, w miłości swej toną,

nikt nie potrafi stwierdzić dlaczego?

– Chyba nie wyszedł ci ten ostatni rym.

– To nowy trend w sztuce. Tutaj się nie rymuje. Tutaj wyraża się myśli i uczucia.

– Wydaje mi się, że wolę coś bardziej konwencjonalnego, w rodzaju:

Na górze róże, na dole fiołki,

a my się kochamy, jak te dwa aniołki.

– Aniołki! – wyjęczał głos czarnoksiężnika, którego dawno temu pokonał Artmar.

– Milcz! – uciszył go szczęśliwy małżonek. – Teraz wiesz, o co mi mniej więcej chodzi.

– Dobrze. Umówmy się tak. Ty tu posprzątasz, a ja w międzyczasie napiszę dla ciebie ten poemat. Zgoda?

– Zgoda – odparł uradowany Artmar. – Kamień spadł mi z serca.

– Przyjaciele są od tego, żeby sobie pomagać – zakończył rozmowę Signur i skierował się do sypialni Artmara, żeby w ciszy i spokoju napisać poemat o wielkiej miłości.

– Kochanie, czy mógłbyś mi i swoim przyjaciołom przeczytać to, co dzisiaj napisałeś? Ten poemat, o którym tyle mówiłeś, a który opisuje nasze wspólnie spędzone lata.

– Z wielką radością, słonko. Z wielką radością.

Artmar rozwinął pergaminowy zwój, zapisany znajomym charakterem pisma. Zaczerpnął tchu w płuca i już miał wypowiedzieć pierwsze słowo, gdy zbladł, poczerwieniał i zachwiał się. Przełknął głośno ślinę, zachrząkał i wypuścił powietrze z płuc.

– Tego… może jednak… no… innym razem?

– Mój Artmarek zawsze był taki skromny i nieśmiały. Ależ przeczytaj nam, kochanie, co napisałeś nam dla swojego skarbeńka.

– Czytaj, Artmarze – poparł ją Signur. – Wszyscy chcielibyśmy usłyszeć ten wspaniały poemat. Nigdy nie przypuszczałem, że potrafisz sklecić więcej niż trzy słowa. A tu proszę, taka niespodzianka.

– Tak, przyjacielu, czytaj – dodał zmęczony Shadowtears z nadzieją, że prześpi się te kilka chwil. Czyszczenie wychodka okazało się pracą ponad jego siły. Ręce, nogi i barki bolały go ponad miarę, a jeszcze niedawno srebrna zbroja teraz była ciemna od brudu.

– Artmar czytać – zawtórował mu rozweselony Yossa.

– Nie mogę. Jest mi niedobrze. Muszę usiąść i napić się wody.

– Nie ma sprawy, przyjacielu. Pozwól, że zrobię to za ciebie – zaoferował Signur i wyrwał czarnoksiężnikowi zwój, zanim ten zdążył ukryć go w jednej z przepastnych kieszeni swojej szaty.

– Nie rób tego – krzyknął Artmar, ale było już za późno. Elf rozwinął pergamin i teatralnym głosem zaczął recytować poemat.

Po pierwszych słowach zapadła cisza. Yossa, Artmar i Shadowtears, który nagle się obudził, nie byli w stanie wydusić z siebie ani słowa. Rozamunda siedziała przy stole, kurczowo zaciskając swe długi palce na poręczach fotela i robiła się coraz czerwieńsza na twarzy. Signur – nie zdając sobie sprawy z efektu – czytał dalej. Co więcej, można było odnieść wrażenie, że dobrze się w tym czasie bawi. W końcu stało się to, co się stać musiało. Rozaumnda eksplodowała. Jej płacz zagłuszył Signura, który z przejęciem uparcie recytował napisany przez siebie wiersz. Słone łzy płynęły po jej czerwonych, krągłych policzkach, pozostawiając jasne smugi na skórze. Po chwili przerwała lament, ale tylko po to, by zaczerpnąć tchu i wybuchnąć raz jeszcze – o wiele głośniej i bardziej przejmująco. Czwórka przyjaciół zatkała sobie rękami uszy, próbując ochronić się przed potwornym hałasem. Patrzyli na siebie z zadowoleniem i uczuciem dobrze spełnionego obowiązku. No, nareszcie udało im się dopiec tej ździrze.

– Brawo, brawissimo! – krzyczał Shadowtears, choć i tak nikt go nie słyszał.

– Więcej poezja! – próbował przekrzyczeć jego i piekielny wrzask Yossa, tupiąc nogami.

– Ciiiii! – nieśmiało próbował uciszyć go Artmar, choć również na jego ustach czaił się uśmieszek zadowolenia.

– A więc naprawdę uważasz mnie za takiego potwora – spytała nagle Rozamunda. W jej głosie można było wyczuć nienaturalny chłód, który mógłby konkurować z lodowatymi otchłaniami kosmosu. – Skoro tak, kochanie, to specjalnie dla ciebie i dla twoich przyjaciół stanę się taka, za jaką mnie uważasz.

– Ależ, słonko… – próbował ratować sytuację Artmar.

Słonko?! Zaraz będziecie mieli do czynienia z supernową! I niech was paladyn Arturius i rycerze MiMa mają w swojej opiece.

– Szanowna pani – wtrącił się Shadowtears. – To wcale nie musi się tak skończyć. Zapomnijmy o tym incydencie i pójdźmy każde w swoją stronę. Po co się denerwować? Po co wszczynać burdy? Po co… – tego ostatniego nasz szanowny paladyn nie zdążył już powiedzieć i to z dwóch powodów. Po pierwsze, przerwał mu Yossa, krzycząc:

– Szerzej nogi, dzifko! Już dochodzę!

Po drugie, dlatego, że piękna Rozamunda zaczęła falować, a dokładniej – używając terminologii magicznej – zmieniać kształt na coś dużo, dużo większego. Coś z setką ostrych jak sztylety zębów i pancerzem twardszym od najlepszej płytówki.

– O ku!… – zdążył wyksztusić z siebie tylko Signur i zaczął recytować zaklęcie.

– O Arturiusie! – zapiszczał Shadowtears.

– Słonko?! – niedowierzał Artmar.

– Co jest, dzifka?! – zapytał zdziwiony Yossa.

– No to nam się dostanie – lamentował głos czarnoksiężnika, który niegdyś się śmiał.

Rozamunda przybierała na wadze i objętości. Lada moment pokój stałby się dla niej za mały. Na szczęście czarodziejska moc Signura okazała się zbawienna dla całej czwórki. Z cichym „puk!” przekształcająca się małżonka Artmara znikła.

– Brawo! – wykrzyczał upadły paladyn, klepiąc towarzysza po plecach. – Cóż za wspaniały pokaz magicznych umiejętności!

– Ty idioto! – krzyknął Signur. – Ja chciałem się tylko gdzieś teleportować, uciec stąd!

– Kretyn! – warknął Artmar. – Mówiłem ci, że tu magia działa zupełnie inaczej.

– Ale co się stało z Rozamundą? – spytał Shadowtears.

– Jak to co? Jestem tutaj. Niewidzialna i potężniejsza niż kiedykolwiek. Dziękuję, Signurze.

Shadowtears, Artmar i Yossa popatrzyli z wściekłością na elfa.

– Ja nie chciałem. To był przypadek. Zaraz to naprawię – próbował bronić się Signur, przygotowując do utkania kolejnego zaklęcia.

– Nie! – krzyknęli chórem Yossa i Shadowtears.

– Lepiej nic nie rób – ostrzegał Artmar. – Sam sobie poradzę.

Jednak ani Artmar, ani Signur nie zdążyli poradzić sobie z Rozamundą. Nagle jedna ze ścian komnaty zaczęła pękać, z sufitu posypały się kawałki tynku i wióry. Czwórka przyjaciół poczuła, jak coś dopycha ich do ściany i wpycha w nią z niezwykłą siłą. Po chwili słaba konstrukcja domu poddała się. Artmar, Signur, Shadowtears i Yossa wylecieli na dwór, kołoziołkując w powietrzu.

– Uch!

– Ałcz!

– Ghrum!

– Rety!

Tymczasem dom Artmara i stojące obok niego budowle powoli zaczęły się rozpadać, tak jakby jakaś niewidzialna siła miażdżyła je i rozrywała.

– Uciekajmy! – wydał przytomny rozkaz Shadowtears i nie zwlekając wziął nogi za pas.

– To dobry pomysł – poparł go Artmar i zrobił to samo.

– Za nimi! – krzyknął Singur… i już ich nie było.

– Długa będziemy tak biegli? – wychrypiał zmęczony Artmar po kilkunastu minutach biegu.

– Tylko wtedy, kiedy się ruszamy, jesteśmy bezpieczni – wysapał Shadowtears. – Nie możemy się zatrzymać nawet na chwilę.

– Biegnijmy do pałacu Katana. Słyszałem, że to najbezpieczniejsze miejsce na Orkusie. Miejmy nadzieję, że mury wytrzymają, a gwardia wielkiego władcy i oddziały pancernych pegazów uporają się z Rozamundą.

– Jakich tam pancernych pegazów? To wielki kit! One nie latają i nigdy nie latały. Te zbroje, które im założyli, są tak ciężki, że i słoń by ich nie udźwignął.

– Nie czas teraz na kłótnie! Jakby co skryjemy się w podziemnym labiryncie. Słyszałem, że ma on kilkadziesiąt poziomów, a szkolili się w nim ponoć najpotężniejsi sprzymierzeńcy Katana.

– To nieprawda! Ma, tak jak wszystkie labirynty, składa się z dziesięciu części ułożonych w trzy poziomy i jeden podpoziom. Gdzieś w ich głębi ukryte są gromadzone przez wieki skarby Katanów, poświęcone im świątynie oraz ich dziwni sprzymierzeńcy, o których mówi się, że dysponują mocą zdolną znieść Ostrogar z powierzchni ziemi.

– A dlaczego wszystkie labirynty mają po dziesięć części, ułożonych w trzy poziomy i jeden podpoziom? – zapytał Shadowtears. – Przecież to idiotyzm.

– Dopiero teraz to zauważyłeś? Nasz świat jest idiotyczny! Bóg, który go stworzył, musiał być paranoikiem.

– Dobrze, że ostatnio kilku jego następców się zbuntowało. Słyszałem, że zaczęły się wielkie zmiany. Niektóre z miast zmalały, nawet mury zamku Katana są teraz niższe.

– Co z tego, skoro już od dobrych paru lat nie możemy podnieść się na poziomy. Nikt nie pomyślał o zasadach awansu! Musimy czekać, aż to naprawią!

– A ja na dodatek przez kilka tygodni nie miałem wszystkich swoich zdolności! – narzekał Shadowtears.

– Jakich zdolności? Słyszałem tylko, że pokopało półbogów i paladynów. Nic nie mówili o upadłych paladynach.

– Nie znasz się. W tym świecie nie ma upadłych paladynów. Nikt nie wpadł na pomysł, że może znaleźć się jakiś jeden rozsądny, który zrezygnuje z tego kiczowatego pomagania biednym i uciśnionym. W kółko tylko wymyślali, jak tu tego paladyna uczynić potężniejszym. Dobrze, że skończyło się na paladynach-astrologach, bo już się bałem, że będę mógł zostać złodziejem.

– Zamknijcie się, dobiegamy do pałacu Katana. Musimy wymyślić, jak dostać się za mury.

Przyjaciele faktycznie zbliżali się do wysokich murów otaczających pałac władcy. Tuż przed nimi wznosiły się potężne, otwarte, dwuskrzydłowe wrota, przy których straż pełnili błękitni Uruk-Hai, osobiści wybierani przez samego Katana. Na widok nadbiegającej drużyny Uruk-Hai mocniej chwycili za swoje halabardy.

– Zatrzymać się, w imieniu Katana! – krzyknął jeden z nich, najprawdopodobniej dowódca.

– Zamykać wrota, zamykać wrota! Potwór zaatakował Ostrogar! Biada nam! – wykrzyczał Shadowtears.

– Jaki potwór? Gdzie?

– Tam! – wskazał palcem Signur. Dopiero teraz gwardziści dojrzeli kroczącą wśród pałaców Złotej Dzielnicy Rozamundę. Była jeszcze dość daleko, ale jednocześnie na tyle blisko, by nie było wątpliwości, że stanowi wielkie zagrożenie.

– Zamykać wrota! – wykrztusił w końcu z siebie kapitan straży. – Zawiadomcie Katana, że do zamku zbliża się coś strasznego i naprawdę, naprawdę dużego. A wy gdzie? – zwrócił się do bohaterów, którzy próbowali właśnie cichcem wślizgnąć się za bramę.

– Do środka – odpowiedział rezolutnie Shadowtears.

– Jak to do środka?

– A służbowo! – stwierdził Signur nieznającym sprzeciwu głosem.

– Jak to służbowo?

– A normalnie, do pałacu. Jesteśmy posłańcami od samego Dartora.

– A kim jest Dartor?

– Jak to? Nie wiesz, kim jest Dartor? Wpuść nas, świński ryju, albo narazisz się na jego gniew!

Zakręcony i przerażony dowódca poddał się w końcu argumentom i wpuścił czwórkę przyjaciół do środka. Ci nie wahali się nawet przez chwilę i od razu popędzili w stronę, gdzie znajdowało się wejście do słynnego labiryntu. Ale i tam czekali na nich strażnicy. Tym razem nie byli to żołnierze garnizonu pałacowego, tylko kościotrupy z Trzynastki – najbardziej pechowego legionu imperium.

– I co dalej? – spytał Shadowtears.

– Jak to co, mamy w końcu czarnoksiężnika. On sobie poradzi z tymi ożywieńcami.

– Wiecie, chłopcy, tego, ja… no…

– Wykrztuś to w końcu z siebie!!! – wykrzyczał zdenerwowany Shadowtears. Odgłos rozpadających się budynków i chrzęst pękających murów zbliżał się coraz bardziej. Ponad niego wybijały się wykrzykiwane rozkazy i szczęk zbroi.

– Rozamunda namówiła mnie, żebym zrezygnował z tych paskudnych praktyk. Już nie wiem, jak to się robi.

– Yossa sam to zrobić! – odezwał się milczący dotąd barbarzyńca i ruszył w stronę kościotrupów. – Ja być Yossa. Ty być kościotrup tępogłowy. My być bracia. My chcieć wejść. Ty nas wpuścić.

– Nie ma sprawy, stary – powiedział dowódca kościotrupów i wydał rozkaz swoim żołnierzom, żeby się rozstąpili. Kiedy ostatni z towarzyszy zniknął już w labiryncie, dowódca kościotrupów odezwał się ponownie: – To jakaś banda świrów, kapralu Żebro.

– Święta racja, kapitanie Udo, święta racja. Mam nadzieję tylko, że nie zrobią krzywdy naszym potworkom. W labiryncie żyje kilka wymierających gatunków. Szkoda byłoby, gdyby jacyś nieznający się na rzeczy leszcze wybili je do cna.

– Nie martw się, kapralu. Ci wyglądają na takich, co dwa razy pomyślą, zanim coś zrobią. Mają w końcu swoje lata. Elita!

– Nie zgodziłby się z tobą, kapitanie. Elita nie zależy od wieku, ale od doświadczenia, oczytani. Ci mogą być tak naprawdę zieloni jak cholera.

– Jak będziecie kapralu gadali takie bzdury, to nigdy kapitanem nie zostaniecie. Wiem, co mówię. Tylko starsi, doświadczeni się liczą. Młodzi do rezerwatu, na szczaw i tak dalej.

– Ależ, kapitanie, pan przecież też kiedyś był dopiero co stworzonym kościotrupem. Nikt nigdy nie rodzi się z wszelką wiedzą tego świata w głowie. Wielu rzeczy trzeba się nauczyć podczas życia. I ktoś musi wskazać młodym drogę, prawda?

– Niech sami sobie szukają. Elicie nie w głowie takie rzeczy. Elita tylko siedzi i elituje, bo od tego jest! Posłuchałbyś czasami, jak szeregowcy gadają. Nic tylko dziwki, krew i bójka. A przecież to nie oto chodzi.

– Sam pamiętam, kapitanie, jak i pan lubił sobie wypić, a potem sprać kilka łbów.

– E, to było dawno. Teraz jestem elita!

– Ale… – kapralowi nie dane było dokończyć ostatniej kwestii. Opadła nań wielka stopa Rozamundy i bez mniejszego wysiłku przemieniła go w kupkę zmiażdżonych kości. Kapitana również.

– Zapal w końcu to światło!

– Głupi jesteś? Chcesz żeby zwaliły nam się na łeb wszystkie okoliczne potwory? Przecież one ciągnął do światła niczym ćma do płomienia świecy?

– Gdzie ty żeś się takich przenośni nauczył?

– Cicho! – przerwał przyjaciołom sprzeczkę Artmar. – Słuchajcie!

Czwórka przyjaciół zamieniła się w słuch.

– Coś się zbliża!

– Co?

– Skąd?

– Zabić!

– Tam!

– O Gramie!

– To ręka!

– Jaka wielka!

– Puszczaj!

– Łał!

– Ugh!

– Dawaj ją!

– Złotko!

– Złotko! Puść mnie! Ja naprawdę nie chciałem. To nie moja wina. To oni! Oni są wszystkiemu winni!

– Artmar! Obudź się! To tylko sen! – powiedziała Rozamunda słodkim głosem.

– Sen?! – otworzył oczy Artmar. – To tylko sen?

– Tak, kochanie. Rozejrzyj się. Jesteśmy w naszym słodkim gniazdku, tylko we dwoje. I nic nam nie przeszkodzi. Jutro będziemy obchodzić piątą rocznicę naszych zarękowin. Jak co roku będą Signur, Yossa i Shadowtears ze swoimi żonami. Czeka nas wspaniała zabawa! I tak jeszcze przez kilkadziesiąt następnych lat.

– Nieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee…

…eeeeeeeeeeeeeeeeee!!!!!!!!

– Zamknij mordę, Armar! Po wczorajszym chlańsku łeb mi pęka, a ty jeszcze wyjesz!

– Pysk w kubeł! – zawył Yossa, trzymając się za głowę.

– Uheee! – dodał dogorywający Signur.

– Nareszcie w domu – odetchnął Artmar, słysząc znajome głosy i pogrążył się raz jeszcze w błogim śnie.


więcej...