Ostatni wystąpi Yossa

pomysł: Andrzej Miszkurka; opracowanie: Andrzej Miszkurka, Tomek Kreczmar

Wstęp

Ta przygoda przeznaczona jest dla 4-8 graczy na poziomach od 1 do 12. Charaktery bohaterów są całkowicie dowolne. Nie jest wymagana obecność jakiejkolwiek funkcji, ani posiadanie przez poszukiwaczy przygód magicznych broni.

"Ostatni wystąpi Yossa" jest przystosowany do rozgrywania w systemie Kryształów Czasu, jednak po dokonaniu niewielkiej ilości zmian będzie można w niego zagrać również w takich systemach jak AD&D*, GURPS*, Rolemaster*, Runequest* i w każdym innym, jeśli tylko tego zechcesz.

Jak poprowadzić tę przygodę

Zadaniem niniejszej przygody nie jest wymordowanie twoich graczy. "Ostatni wystąpi Yossa" ma wywołać na ich twarzach kilka radosnych uśmiechów, pozwolić rozluźnić się po, albo przed, trudną kampanią. Jest to po prostu przygoda na wesoło. Potraktuj to, co spotka twoich graczy z przymróżeniem oka. Pozwól im trochę się zabawić.

Poprowadzenie "Yossy" nie będzie proste. Aby osiągnąć zamierzony efekt, będziesz musiał włożyć mnóstwo pracy w przygotowanie zabawnych dialogów i sytuacji. Poniżej znajdziesz coś w rodzaju opowiadania, które na pewno nie do końca, ale przynajmniej w pewnym stopniu oddaje nastrój, jaki powinieneś stworzyć. W poniższym opowiadaniu zamiast bohaterów twoich graczy użyliśmy naszych postaci: paladyna Shadowtearsa, czarnoksiężnika Artmara, barbarzyńcy Yossy i maga Signura. Ty, oczywiście, zastąpisz ich bohaterami swoich graczy. To oni, wraz z tobą, będą tworzyli atmosferę na sesji. Wypowiedzą zapewne słowa, których my nie jesteśmy w stanie w tej chwili przewidzieć. Dlatego też zrezygnowaliśmy z napisania standardowego scenariusza.

Musisz zrozumieć, że tylko tobie i im może udać się stworzyć coś zabawnego, coś, co pozwoli im choć na chwilę odpocząć od mrocznych, częstokroć męczących przygód. My, ze swej strony, dajemy ci dokładny opis bohaterów niezależnych - tych śmiesznych dziadków, którzy biorą udział w opowiadaniu. Jak go wykorzystasz, to twoja sprawa. Jakie słowa włożysz w ich usta - to też zależy tylko od ciebie. Dajemy ci również sam zarys przygody. Wiesz, że droga z miasta do jaskini smoka zajmie około ośmiu dni. Jednak to ty musisz zdecydować, co się w tym czasie wydarzy, przez jakie tereny będą podróżować poszukiwacze przygód. Od ciebie również zależy, czy będą miały miejsce opisane przez nas wydarzenia. Sam musisz zdecydować, czy drużynę napadną orki, czy któregoś z bohaterów spotka los nieszczęśliwie zakochanego Artmara i tak dalej...

Tobie i twoim graczom życzymy miłej zabawy. Na zakończenie tego przydługiego wstępu dziękujemy jeszcze wszystkim tym, którzy świadomie, bądź nieświadomie wpłynęli na powstanie tego scenariusza.

Dzień pierwszy

Tego dnia niebo nad Ostrogarem przybrało kolor, którego żaden z nas nie potrafił zidentyfikować, choć Artmar zapewne uzna go za purpurowy, ale on przecież jest daltonistą.

- Czy niebo nie ma dziś koloru purpury? - spytał zgodnie z moimi przewidywaniami.

- Ostatni wystąpi Yossa - odrzekł Yossa, po czym dodał: - Kładź się dziwko.

Poczułem, że w tych okolicznościach przyrody i... tego... i niepowtarzalnej muszę powiedzieć coś mądrego:

- Cholera, ale parszywa pogoda. Chodźmy do knajpy czegoś się napić.

Niewiele myśląc ruszyliśmy poprzez Plac Karczemy przemieżając ciągnące się kilometrami kręte uliczki zabudowane świątyniami, setkami karczm i zajazdów, tysiącami kramów, sklepików, straganów i wieloma innymi budynkami o najróżniejszym przeznaczeniu. W końcu stanęliśmy przed celem naszej podróży - podejżaną knajpą o egzotycznej nazwie "Parujący Kielich".

- Kładź się dziwko - zaryczał wściekle Yossa wykrzywiając twarz w grymasie, który obcy brali zazwyczaj za zwiastun zbliżającego się końca. Pewnie znowu pomyślał o czekającej go popijawie. Już dawno nie widziałem Yossy tak podekscytowanego. O ile dobrze pamiętam od conajmniej siedmiu lat nie wypowiedział w ciągu jednego dnia tylu słów. Zebrało mu się dzisiaj na zwierzenia, czy co? Pewnie znów wraz z Signurem skręcą jakiś dym. Są w tym naprawdę dobrzy.

Zdecydowanym krokiem ruszyłem do przodu zagłębiając się w pełnym naróżniejszych męt wnętrzu karczmy. Za mną podążyli inni. Na nasz widok wewnątrz zapanowała grobowa cisza. Lubię takie wejścia! Od razu dotarło do mnie, że nie ma wolnych miesc. Spojrzałem wymownie przez ramię w kierunku Yossy. Potężny barbarzyńca tylko na to czekał. Z jego gardła wydobył się przerażający ryk:

- Whaaraghh! (czytaj Łaaargh!)

Do tej pory nie spotkaliśmy nikogo, kto potrafiłby się oprzeć werbalno-psychologicznemu atakowi olbrzyma. Ale jak to mawiają mędrcy: "Zawsze kiedyś musi być pierwszy raz".

- Ej, ty! Zamknij swego wstrętnego ryja! Niedobrze mi się robi, jak cię słucham!

Yossę zamurowało. Przez chwilę nie wiedział co powiedzieć. Szybko jednak opanował się i warknął:

- Ostatni wystąpi Yossa!

O, bogowie! Cóż za elokwencja! Tej nocy barbarzyńca przechodził samego siebie.

Już sięgałem po swój paladyński oręż, gdy odezwały się we mnie wyrzuty sumienia - pozostałość po chorobie, na którą zapadłem za młodu. Na (nie)szczęście, z tyłu doszedł do mnie szept Signura:

- Shadowtears, Shadowtears, nie pękaj! Zabawa dopiero się zaczyna. Chyba nie chcesz sparwić zawodu swoim przyjaciołom?

Nie chciałem, naprawdę nie chciałem, ale wszystko działo się tak szybko. W jednej chwili Yossa rycząc rzucił się do przodu przystając tylko na chwilę, aby wyrwać drzwi z zawiasów. W tym samym momencie Artmar skończył rzucać jakieś odpowiednio przebrzydłe zaklęcie, jak to na niego przystało. Zawtórował mu przedśmiertny chichot czarodzieja, którego pokonanł wiele lat temu. Nim się obejżałem, siedzieliśmy przy stole popijając pieniące się piwo i zajadając świeżo upieczonego bawoła opasa w agawie. Na drugie była agawa w cieście, a na deser móżdżek bawoła na ciepło.

Kiedy tak siedzieliśmy i popijaliśmy piwo, podszedł do nas jakiś przestraszony młodzieniec.

- Ppppproszę pppppana... - wyjąkał. - Czy mógłby ppppan ppppoświęcić miiii chwilę czaaasssuuu... - skończył przestraszony, kiedy jego wzrok spoczął na Yossie. Olbrzym właśnie uśmiechał się miło do niego przewracając w uniesieniu ślepiami.

- Kładź się dziwko!

Yossa był dzisiaj niesamowity!

- Ależ oczywiście, chłopcze. Siadaj. Jestem uczciwy, bogobojny, hojny, honorowy, prostoduszny i oczywiście skromny paladyn Shadowtears. Na pewno słyszałeś to imię! - skończyłem ignorując chichot czarodzieja, którego wiele lat temu pokonanł Artmar.

- Tak, oczywiście - odrzekł szybko młodzieniec.

- Nie powtarzaj po mnie "oczywiście", chłopcze. To mnie drażni. Widzę, że muszę udzielić ci małej lekcji. Kiedy obcujesz z paladynami nie możesz zapominać o kilku rzeczach. Po pierwsze: nie upominaj się o żadne pieniążki. Oni tego nie lubią! To tylko wroga propaganda tego wypierdka Katana. Po drugie: zawsze słuchaj, co mówią. Od czasu do czasu dodawaj od siebie tylko "tak" lub "nie", przy czym to drugie rzadziej. Po trzecie: każdy paladyn lubi być doceniany. Nic by ci się nie stało, gdybyś co pewien czas wspomniał o jego męstwie, honorze, hojności, czy czym tam chcesz. W końcu paladyni mają tyle zalet! Pamiętaj o tym, chłopcze. Niestety, przyszło nam żyć w tak pokopanym świecie. Jego twórca miał chyba nie po kolei w głowie - to mówiąc spojrzałem bogobojnie w górę szukając wzrokiem Wielkiego Stworzyciela. - Mów, co cię tu sprowadza?

- Szlachetny, honorowy, hojny i bogobojny paladynie o znanym na całym Orkusie imieniu Shadowtears, racz wysłuchać prośby twego uniżonego sługi.

- O, już lepiej, drogi chłopcze. Słucham, słucham.

- Sprawa, z która przychodzę do ciebie, panie, jest trudna. Mój dziad, tan Roger, wiele lat temu był słynnym poszukiwaczem przygód. Wraz ze swymi przyjaciółmi przemierzał niezbadane i niestworzone wyspy wielu archipelagów. Wszystko rozpoczęło się czterdzieści lat temu, w tej właśnie karczmie...

- Czy mógłbyś nam oszczędzić chłopcze tych szczegułów? - spytałem przekrzykując chichot czarodzieja, którego wiele lat temu pokonanł Artmar.

- Wybacz mi, panie. Tak więc ostatniej nocy mój dziad spotkał się ponownie ze swymi przyjaciółmi. Robią to zresztą co roku. Tym razem jednak sprawy zaszły za daleko. Niestety dziad odnalazł butelkę zacieru, którą starannie ukryłem w piwnicy, i wypił całą jej zawartość wraz z przyjaciółmi. Nie minęło wiele czasu, gdy alkochol uderzył im do głowy. Wtedy też w ich starych umysłach zrodził się plan. Postanowili jeszcze raz wyruszyć na spotkanie przygody i zmierzyć się ze swoim dawnym wrogiem - czerwonym smokiem Starym Szmelcem. Chciałbym cię prosić, panie, abyś wraz z przyjaciółmi towarzyszył im i ochraniał ich. Pamiętaj, panie, przez cały czas musicie udawać giermków. W innym przypadku dziadek nie zgodzi się was zabrać. Musicie udawać, że jesteście tylko prostymi sługami.

- Czy myślisz, że wyglądam na jakiegoś tam chłopa. W głowie cie się poprzewracało.

- Oczywiście zostalibyście odpowiednio wynagrodzeni. Myslę, że tobie i twoim przyjaciołom przydałaby się jakaś pokaźna sumka.

- Aaaa, to co innego. Trzeba było tak od razu. A o jakiej sumce mówiłeś?

- Pięćdziesiąt tysięcy złotych monet dla was panie i dwadzieścia pięć tysięcy dla twojego boga.

- Wezmę obie części. Jako że jestem paladynem wiem lepiej, czego mojemu bogu potrzeba.

- Czy to oznacza waszą zgodę, panie? - spytał.

- Zgoda, zgoda! - wykrzyknął Yossa, co wszystkich nas wprawiło w osłupienie. Nawet dokuczliwy chichot czarodzieja, którego wiele lat temu pokonanł Artmar, zamarł na chwilę. Ten barbarzyńca nigdy nie przestanie nas zaskakiwać.

- Ja biorę trzydzieści tysięcy - stwierdził Signur.

- Ty bękarcie! - zapienił się czarnoksiężnik Artmar. - Ja biorę połowę, a wy resztę.

W tym momencie poczułem, że ktoś obdarzony autorytetem powinien zabrać głos, aby zakończyć ten bezsensowny spór. Niestety tym kimś nie okazałem się ja.

- Wwwwwwrgh! - zaryczał Yossa dając nam do zrozumienia, że to właśnie jemu należy się połowa.

- Pax, pax, panowie - odezwał się młodzieniec (nie zrozumiałem wszystkiego, ale później ktoś mi powiedział, że to było po orkowemu i oznaczało pokój). - Pieniądze nie są w tej sprawie najważniejsze.

Słysząc to wszysy czterej skierowaliśmy na niego nasze spojrzenia. Ciszę przerwał chichot czarodzieja, którego wiele lat temu pokonał Artmar.

Dzień drugi

Obudziłem się wcześnie rano, chociał zazwyczaj nigdy nie wstaję przed dziesiątą. Po wczorajszej pijatyce głowa bolała mnie niemiłosiernie. Miałem straszny sen. Śniło mi się, że znowu jestem dobry i ratuję jakąś pięknął białogłowę z pazurów olbrzymiego smoka. Potem odwożę ją do jej ojca i zadowalam się tylko pogardliwym "Dziękuję". Przez ponad dwie godziny nie mogłem dojść do siebie. O, bogowie! Jak to dobrze, że pewnego pięknego dnia zostałem uleczony! Od tego czasu życie stało się prostsze.

Po szybkiej kąpieli z córką gospodarza zszedłem na śniadanie. Tam czekali już na mnie moi przyjaciele. Barbarzyńca Yossa, czarnoksiężnik Artmar i mag Signur. Przywitał mnie chichot czarodzieja, którego wiele lat temu pokonał Artmar, i wysoki głos olbrzyma: "Kładź się dziwko".

Podczas śniadania, na które składał się bawół opas oraz zrywana przez niziołki agawa, niewiele mówiliśmy. Jedynie Yossa mruczał coś pod nosem w sobie tylko znanym narzeczu i co pewien czas odzywał się chichot czarodzieja, którego wiele lat temu pokonał Artmar.

Po śniadaniu, wyruszyliśmy na spotkanie ze starcami. Umówiliśmy się z nimi w Srebrnej Przystani. Czekali już na nas, kiedy tam przybyliśmy. Muszę się przyznać, że to, co tam zastaliśmy, było gorsze od mojego nocnego koszmaru.

- Wnuku! Czy to te łachudry mają nam służyć? Ten duży, łysiejący dryblas nadaje się co najwyżej na poganiacza mułów, a ten tłustawy w czarnej szacie z dwoma podbródkami pewnie będzie zżerał nam zapasy. Pozostali dwaj też są nielepsi. Jeden w błyszczącej zbroi przypomina mi jednego z tych wstrętnych Kurzymisiów. Drugi wygląda jak dziewica. Sprawdź lepiej, czy ma jaja - zaśmiał się. - Przejdźmy jednak do rzeczy. Słuchajcie mnie, żółtodzioby. Jestem tan Roger i dowodzę tą bandą. Ten mały krasnolud to wspaniały wojownik. Dawno temu, kiedy nie było was jeszcze na świecie, orkowe matki straszyły nim swe dzieci. Może zresztą dlatego krasnoludy w naszym świecie mają przerąbane. Ale dość o Arnim. Ten świątobliwy mąż, to Asteriusz we własnej osobie. Kiedyś, zanim jeszcze bóg wybrał jego ciało, był wielkim kapłanem. Po jego rady i pomoc przybywali z samego Get-war-... twu, czy jak mu tam. Jako ostatniego przedstawiam wam członka gildii Białych Magów, Odpornościowca i Teoretyka, wielkiego arcymaga Jaspera.

Jakoś nie chciało mi się wierzyć, że ktoś spośród tej zbieraniny sklerotycznych staruszków mógł być kiedyś wielkim wojownikiem albo magiem. Przed oczyma miałem siwego, zasuszonego, chwiejącego się błazna ubranego w przerdzewiałą, odlewaną zbroję płytową, którą najprawdopodobniej komuś ukradł, albo wypożyczył z teatru. Obok niego stał kiwający się krasnolud z mocno przerzedzoną brodą. Co do jednego w jego przypadku mógłbym się zgodzić - jest z niego wspaniały... ale pijak. Już kilka przecznic wcześniej wyczuliśmy jego zapach. Może to dlatego orkowe matki straszyły nim swoje dzieci? Nie mogłem też uwierzyć, że ten... hmmm "świątobliwy" stary pryk jest Asteriuszem Wielkim we "własnej osobie". Nie potrafiłem sobie wyobrazić boga, który bełkotałby tyle bez sensu. Wszystkich ich jednak przebił ten czwarty. Czarodziej... kurzymisia wasza mać... Przez większą część rozmowy nie przestał chrapać. W pewnym momencie podniósł tylko głowę, powiedział "Siusiu... o już nie..." i obszczał mój nowy płaszcz, po czym spokojnie znowu zasnął. Zapowiadało się pięknie...

Bez dalszych ceregieli i zbędnych słów wyruszyliśmy w drogę.

Dzień trzeci

Nazywam się Yossa i nikt mnie nie rozumie. Nie wiem dlaczego. Od dziecka potrafiłem mówić, ale jakoś nie pamiętam nikogo, kto potrafiłby mnie zrozumieć.

Stary mnie denerwuje. Już dawno skręciłbym mu kark, gdyby nie te pięćdziesiąt tysięcy złotych monet. Jak można co pięć kufli zatrzymywać się na postój? Przez sześćdziesiąt kufli piwa (czyli sześć godzin - przypisek tłumacza z Yossowego) nie zrobiliśmy więcej niż odległość od "Parującego Kielicha" do burdelu starej Berty (czyli dwa kilometry - przypisek tłumacza). I jeszcze ten kretyn, który cały czas coś do mnie mówi. Wydaje mu się, że jest bogiem, czy co? Ten co śpi, to mi w ogóle nie przeszkadza, byleby tylko żadziej spadał z wozu, bo mi się go pakować z powrotem na górę nie chce. Nawet cicho chrapie, nie tak jak Artmar. Ale tylko ten krasnolud jest w porządku. Dał mi nawet napić się ze swojej butli. Po łyku przez godzinę dojść do siebie nie mogłem.

Dobrze, że Shadowtears namówił ich, żeby na wóz weszli i z niego nie schodzili, bo byśmy do tego smoka do miesiąca świątecznego jechali. Teraz to przynajmniej spokój jest. Tylko jakieś dziwne piosenki śpiewają. Żadnej nie znam.

Nie powiedziałem jeszcze o koniu i psie, co z nami jadą. Jeden i drugi więcej rozumu ma niż wszyscy oni razem wzięci. Koń nazywa się Euzebiusz, a pies Pikuś. Sami mi się przedstawili. Powiedzieli, że od swojego urodzenia nie spotkali nikogo, ktoby ich zrozumiał.

Euzebiusz ma już dwudziestkę na karku i odkąd pamięta starego rycerza na grzbiecie wozi. Pikuś to jakowyś chichaniec, chowaniec, czy cmokaniec, sam już nie wiem. Miło mi się z nimi rozmawiało. Kończę już, bo powoli noc się zbliża i obóz trzeba rozbijać.

Dzień czwarty

To znowu ja, Yossa. Oj, zaguliał, zaguliał, zapił... Ble, ble, ble, ble...

Dzień piąty

Nuda, nuda i nuda. Gdyby nie promyki słońca, kwiaty i motylki, to bym ich wszystkich wymordował. Shadowtears też się kiedyś doigra. Kazał mi starego przewijać, a ten sra i leje przez cały dzień. Słyszał to kto, żeby porządny elf takie rzeczy robił? Żeby chociaż jakiś porzytek z tego dziadygi był. Żeby choć jedno zaklęcie dało się wysępić. A on nic tylko śpi, śpi i sra. Raz nawet próbował coś wymedytować, ale usnął już przy pierwszym czarze. Co za okrutny los.

Napisałem dzisiaj nowy poemat. Leci to mniej więcej tak:

Wspa­nia­ły ry­cerz na ko­nia wsiadł
za­ku­ty w pię­kną zbro­ję
i ci­cho so­bie rzekł: "Ja śmier­ci się nie bo­ję."
A gier­mek je­go za­raz zgadł,
że je­go pan wnet z nią za­śpie­wa.
A ja­ki bę­dzie ko­niec pieś­ni tej,
którz wie­dzieć mo­że. W niej
za­war­ty bę­dzie ślad, że śmierć się gnie­wa
i żni­wo wiel­kie zbie­ra.
Ru­szy­li więc ku świa­tłu słoń­ca
nie wie­dząc, że śmierć goń­ca
już wy­sła­ła i wie­lu już umie­ra.
I szli tak po­przez świat
cie­sząc się każ­dym jas­nym dniem,
lecz każ­dą no­cą mie­li sen:
wi­dzie­li śmier­ci stra­szny bat.
Uj­rze­li w koń­cu wal­ki ślad
w pro­mie­niach zło­tych
słoń­ca. Wi­dzie­li cia­ła tych,
któ­rych do­padł ciem­ny kat.
I ry­cerz wnet zro­zu­miał,
że śmier­ci boi je­dnak
się, choć sta­rał się ogrom­nie tak.
I po­jąć te­raz chciał
jak moż­na umknąć jej.
A przed nią wszak uciecz­ki
brak, choć szu­ka­li jej przez wie­ki.
I śmier­ci krzy­knął: "Śmiej się śmiej
wszak cię prze­chy­trzę i tak."
I rzu­cił się w wal­ki wir,
a w gło­wie za­gra­ło mu ty­sią­ce lir.
Wal­czył ca­ły dzień sza­lo­ny tak,
że za­po­mniał o zmę­cze­niu.
Gier­mek je­go daw­no padł,
choć tak traf­nie jej znak zgadł.
I po­zo­stał w swe­go pa­na cie­niu.
A pan bi­twę prze­trwał sam.
I wróg je­go i przy­ja­cie­le
nie prze­ży­li tak jak on wie­le.
I stał sa­mo­tny tam
Wśród tru­pów i po­żo­gi.
Zwy­cię­stwo je­dnak tak wspa­nia­łe
nie zna­czy­ło dla nie­go nic w ca­le.
Po­zo­sta­ło tyl­ko ma­rze­nie i spo­kój bło­gi.
Gdy le­żał tak je­dy­ny żyw po­śród krwi,
śmierć za­kra­dła się do nie­go
pod po­sta­cią jeź­dźca sa­mo­tne­go.
I nie umknął jej na­wet na kil­ka dni.

Słysząc go Artmar stwierdził, że takiego pokazu grafomanii jeszcze nigdy nie słyszał. Różdżka błyskawic sama wskoczyła mi do ręki. Gdyby nie Shadowtears pewnie starłbym mu ten jego głupkowaty uśmiech z ust.

Dzień szósty

Muszę przyznać, że przez całą noc nie mogłem usnąć. Wspomnienia, wspomnienia zabijają. I pomyśleć, że wszystkiemu winne są kobiety... i chichot tego p<censored> czarodzieja, którego dawno temu pokonał Artmar. Żeby przynajmniej zachrypł... A on nic, przez całą noc. Można by klepsydrę podług niego ustawiać. Myślę, że budzi nawet tego starego maga.

Przez chwilę zebrało mi się na wymioty, ale zaraz opanowałem się. Jestem przecież stuprocentowym mężczyzną. Nie mogę pokazać temu mydłkowi, Artmarowi, że przejmuje się jego docinkami. Postanowiłem, że przez cały dzień będę recytował mój nowy poemat. Może wtedy pojmie jego głębię i zrozumie piękno, które w nim zawarłem.

Przed chwilą Shadowtears i Artmar kazali mi się zamknąć. Jak oni mogą?! Na szczęście wstawił się za mną ten stary rycerz. Myśli że to o nim, pierdoła. Nie będę wyprowadzał go z błędu. Tylko on potrafi w tej całej bandzie zrozumieć mą romantyczną duszę.

O! Chyba na coś się zanosi. Shadowtears ściągnął wodze swego konia. Daje nam jakieś znaki. Chyba chce, żebyśmy byli ciszej. Niestety, w tej samej chwili rozległ się chcichot czarodzieja, którego dawno temu pokonał Artmar. Mało tego. Z wozu, na którym jechali nasi "przywódcy", wychyliła się głowa rycerza.

- Dawać mi miecz i zbroję, łachudry. Wyczuwam w powietrzu zbliżającą się walkę.

- Kładź się dziwko - niezgodził się z nim Yossa i jednocześnie sięgnął po wielki, oburęczny miecz.

Shadowtears zawrócił konia i "lekkim" kłusem podjechał do wozu. Podzwaniając swą piękną zbroją powiedział:

- Panie, przed nami banda orków z półtalerzami, arcyszlaparami i toporomieczami oraz tarsarami. Przygotowują zasadzkę. Myślę, że nie powinniście przejmować się nimi. Te stowry nie są warte ostrz pana miecza. My, twoi giermkowie, zajmiemy się nimi... - przerwał na chwilę czekając, by ucichł chcichot czarodzieja, którego dawno temu pokonał Artmar.

- Chyba masz rację, mój chłopcze. Jakieś tam orki nie są warte ostrza miecza tana Rogera. Zajmijcie się nimi, a my będziemy planować walkę, które nas czeka. To będzie starcie... Już dawno żadnemu smokowi nie przetrzepaliśmy skóry - powiedział bardziej do siebie, niż do Shadowtearsa.

Po kilku chwilach, zza wzgórza wybiegła watacha orków uzbrojona w najbardziej śmiercionośne rodzaje broni. Wyjąc, plując i wymachując orężem biegły w naszą stronę. Shadowtears wydał ze swego gardłą okrzyk bojowy. Zawtórował mu Yossa. Obaj ruszyli do przodu. Ja wraz z Artmarem i chcichotem czarodzieja, którego dawno temu pokonał, zaczeliśmy wypowiadać słowa najbardziej śmiercionośnych zaklęć, jakie w tej chwili przyszły nam do głowy. Powietrze wokół nas eksplodowało tysiącem barw. Ziemia zadrżała, świat zawirował i rozpoczęła się walka na śmierć i życie.

Jest już wieczór. Zajadamy właśnie smaczną zupę cebulową z półtalerzy, które przyniosły ze sobą orki. Muszę przyznać, że to bardzo zmyślna broń. Coś w rodzaju niezbędnika: tarcza, ostrze, talerz, stół i koło do wozu w jednym. Te orki to mają łeb, ze dwa razy większy od Yossy.

Dzień siódmy

Jutro powinniśmy dojechać na miejsce. I dobrze, bo żarcie nam się kończy. Dziś zjadłem tylko dwie porcje kurczaka w ostrym sosie. Czy wyobrażacie to sobie? Tylko dwie! Nawet czarodziej, którego dawno temu pokonałem, zaczął rzadziej chichotać. To pewnie z głodu.

Wszyscy są dzisiaj w świetnym nastroju. Wczorajsza walka poprawiła im humory. W sumie trudno się dziwić. Rzadko zdaża się, żeby taka banda na nas się rzuciła. To była przyjemność. Brać w ręce ich łby i uderzać o siebie. I ta krew, która zaraz pokryła całe moje ciało. Coż za przyjemność. Czarodziej chichotał prawie cały czas. Nawet Shadowtears czuł się usatysfakcjonowany. Dawno nie gonił tak zaciekle za uciekającymi. Ucinanie głów sprawia mu przyjemność. Tylko Signur jak zwykle się nie zabawił. Cały czas latał nad Yossą i próbował coś robić. Ale z niego dupa! Trzeba go będzie naprostować. Za to Yossa. Ten to lubi przywalić! Och, ciała orków latały wokół niego. Chwytał ich w swe potężne ramiona i rzucał nimi niczym moimi księgami. Tak, to była prawdziwa przyjemność.

Przed chwilą zauważyłem, że po wczorajszej walce Yossa opanował dwa nowe słowa. Niesamowite, nie? To obala wszystkie teorie tych świętoszkowatych kapłanów o niszczących skutkach wojny na umysły walczących. Yossa jest tego żywym dowodem. Myślę, że jak tak dalej pójdzie, to za pół roku będziemy mogli sobie uciąć krótką pogawędkę w stylu:

- Cześć, Yossa.

- Dziwko!

- Tak, to bardzo ładny dzień.

- Krwi!

- Wiem, że jesteś głodny. Śniadanie zaraz będzie.

- Wypruwać flaki!

- Nie, nie... to nie będzie nic z drobiu. Trochę sera i chleba.

- Litości!

- Wiem, że tego nie lubisz.

- Zgoda, zgoda!

- Dobrze, idź złap jakiegoś opasa.

I tak dalej, i tak dalej.

Może to się wyda dziwne, ale wydaje mi się, że miecz Rogera do mnie przemówił. Widziałem już różne magiczne przedmioty, ale żaden z nich mnie nie podrywał! Powiedział, że nazywa się Julia. Dopiero teraz przypominam sobie, że Roger prawie nigdy nie wypuszcza go z ręki. Co chwila spogląda na niego z utęsknieniem. Co wieczór poleruje go jedwabną szmatką. A jaką piekną pochwę ma dla niego! Warta z pięć tysięcy złotych monet. Cóż za marnotrawstwo diamentów i rubinów. Nawet chichot czarodzieja, którego dawno temu pokonałem, zgodził się ze mną.

Wróćmy jednak do naszej pierwszej rozmowy. Słysząc jej głos, zrobiłem chyba niezbyt mądrą minę, bo zapytała:

- Co tak się gapisz, jak jakiś niewydojony pi...doła, Artmarze? Czyżbym ci się nie podobała? Spójrz, jak lśnię. Czyż moja klinga nie jest wyjątkowo powabna? A piękna linia rękojeści? Cudowne jelce? I ten niesamowity rubin w moim ciele? Czy nie pociąga cię moja ostrość?

Chichot czarodzieja, którego dawno temu pokonałem, zaśmiał się obleśnie. Tego było mi za wiele. Nie mówiąc ani słowa uciekłem, zostawiając za sobą śmiejący się miecz i wtórujący mu chichot.

Ten miecz rzucił chyba na mnie jakiś urok. Zaczyna mi na niej zależeć. Chyba jestem zakochany. Zanim się jednak pokaleczę, spróbuję porozmawiać z moimi przyjaciółmi. Może Signur coś poradzi? On ma wprawę w takich sprawach. Pamiętam jak kiedyś zakochał się w posągu. Myślał, że to spolimorfowana nimfa. Z niego to jednak niezły dupek.

A oto, co usłyszałem od moich przyjaciół:

Signur: - Rozumiem twój ból. Serce masz rozdarte, nie możesz spać, nie chce ci się jeść. Cały czas tylko o niej myślisz, prawda?

W tym miejscu uznałem za stosowne oddalić się pozostawiając za sobą zdumionego elfa i chichot czarodzieja, którego dawno temu pokonałem.

Shadowtears: - He, he, hehehehahahahe! Khe! Khe! Nie, ale nie... He!

To wszystko co od niego usłyszałem. Ale sk..el mnie zdenerwował. Ale co paladyn może wiedzieć o miłości?

Yossa: - Kładź się dziwko!

Po tym jakże prostym stwierdzeniu olbrzym zaczął wykonywać niezbyt przyzwoite ruchy. Mhmm! Chyba nie chce, żebym przespał się z tak ostrą kobietą?

Dzień ósmy

Myślałem o niej przez całą noc. Zaczynam się bać, że w czasie walki może coś się jej stać. Nie wiem, co robić. Jak ochronić jej cudowne, błyszczące ciało przed ogniem smoka? Czy nie stopi się w nim? Czy krew gada nie zniszczy jej cery? Czy ten p..ony Roger zginie, żebym mógł ją dostać w swoje ręce? Śmierć przychodzi czasami w najmniej oczekiwanych momentach. Jest jak drapieżnik z ostrymi niczym brzytwy kłami. Że też wcześniej na to nie wpadłem? Pewnie przez ten chichot. Zaczyna mnie wyprowadzać z równowagi. Chyba się ze mnie naśmiewa!

Zanim jednak zdążyłem cokolwiek zrobić, okazało się, że jesteśmy na miejscu. Przed nami wznosiła się ogromna góra z wielką jamą. Przed ciemnym otworem, wbita w ziemię tkwiła tabliczka z jakimiś bazgrołami. Podszedłem bliżej, żeby zobaczyć co tam jest napisane. Z trudem odcyfrowałem napis: "Pojedynki w godzinach 11.00-16.00. Zagrać trzy razy na rogu. Walki grupowe od 16.30 do 20.00 z przerwą na kolację w okolicach 18. Zagrać dwa razy." Spojrzałem na klepsydrę. Jest dopiero 14.00. Mamy trochę czasu.

Z zamyślenia wyrwał mnie krzyk Rogera:

- Giermkowie, zbroja! Osiodłać konia! Gdzie moja kopia?!

- Panie, musimy chwilę poczekać. Smok przyjmuje od czwartej trzydzieści.

Roger zrobił się cały czerwony na twarzy.

- Jak to! Smok!? Przyjmuje?! Od której?! Szesnastej trzydzieści?! Dawać mi tu tego gada!

Jakby jego krzyków było mało, usłyszałem jej szept:

- Wiem, że mnie pragniesz. Dziś w nocy połączymy się. Przybądź do mnie po walce.

Zrobiło mi się słabo. Na szczęście całą sytuację uratował, jak zwykle zresztą, Shadowtears:

- Panie Rogerze! Proponuję, abyśmy skorzystali z tego, że smok śpi i zarżnęli go jak najszybciej.

- Coooo?!!! Zarżnąć smoka we śnie! Nigdy! To będzie uczciwa walka!

Zauważyłem, jak Shadowtearsowi zżedła mina. Miał taki piękny plan. Ten starzec ma nie po kolei w głowie. On chyba jest uczciwy. Nie do pomyślenia w tym świecie, gdzie rządzi zło, a dobrzy kryją się w cieniu.

W końcu doszło do tego, do czego miało dojść. Moja klepsydra wybiła godzinę 16.30. Siedzący na Euzebiuszu Roger ubrany w zbroję wziął w swe ręcy swój róg długi, cętkowany, kręty, jakoby wąż boa. Oburącz do ust go przycisnął, wzdął policzki jak banię, w oczach krwią zabłysną, wsunął w głąb pół brzucha i do płuc wysłał cały zapas ducha. I zadął. Dwa razy.

Zerknąłem na pozostałych. Na twarzy Shadowtearsa malował się smutek. Signur wydawał się znikać za plecami innych. A Yossa, Yossa jak zwykle powiedział:

- Kładź się dziwko.

Wątpię, żeby adresował to do smoka. Pojawili się nawet pozostali starcy. Pijany krasnolud zrobił trzy kroki, po czym oparł się ciężko na swoim toporze. Kapłan, ten no niby Asteriusz, po raz pierwszy przestał bełkotać i zadał nieskomplikowane pytanie: "Kim jesteście i co ja tu robię?". Stary mag spał dalej. Siedział tylko na koźle wozu. W jego rękach spoczywała rzeźbiona w najróżniejsze wzory różdżka.

Nagle, z czarnej czeluści jamy, zaczął wypełzać potężny gad. Roger chyba zamierzał wprowadzić go w jeszcze większą wściekłość, gdyż zaczął wyzywać go od łachudr, rozbójników i gadów paladyna Arturiusa. Szczególnie to ostatnie przekleństwo wprawiło smoka w nienajlepszy nastrój. W końcu wypełzł cały z jaskini ukazując nam całe swe olbrzymie, czerwone, pokryte łuskami ciało. Nie ma co mówić, zrobiło mi się słabo. Tak wielkiego smoka nie widziałem jeszcze nigdy w życiu. Co stanie się z moją narzeczoną? Przerażenie opanowało moje ciało. Nawet Yossa zbladł na widok potwora.

Jakby tych wszystkich wyzwisk było mało, Roger krzyknął:

- Broń się, bestio! Przyjaciele, do ataku.

I zaczął szarżować na smoka. Myślałem że już po nim. Na nieszczęście koń rycerza okazał się być kuty na cztery kopyta. Zamiast pędzić na smoka, skręcił uciekając w stronę najbliższego lasu.

Zdziwiony smok podrapał się pazurem po głowie patrząc w naszą stronę z politowaniem. Chyba nie powinien tego robić, bo krasnolud, dysząc niczym miech kowalski, ruszył na niego z okrzykiem:

- Ja biorę tego z lewej! Wy zajmijcie się pozostałymi dwoma!

Niestety potknął się po drodze o kamień i padł na ziemię. Smok zaczął tażać się po ziemi chichocząc i dymiąc. Wtórował mu chichot czarodzieja, którego dawno temu pokonałem.

Shadowtears, jak przystało na prawdziwego paladyna, ujrzał w tym naszą szansę i ruszył z kopyta. Towarzyszył mu głos kapłana:

- Módlmy sie, bowiem nadszedł dzień apokalipsy! Bestia wyszła z gór, by spustoszyć ziemię! Nic nas nie uratuje! Módlmy sie, bowiem nadszedł dzień apokalipsy!

W tym samym momencie Yossa ruszył do przodu wymachując mieczem i krzycząc na przemian "Kładź się dziwko!", "Jako ostatni wystąpi Yossa!" i "Warghaa!".

Smok zerwał się z ziemi i rzucił się na nas swoim ogromem. To, co później się działo, mogą opisać tylko takimi słowami: "Dostaliśmy tak w dupę, że to historia". Gdyby nie stary czarodziej, pewnie nikt z nas nie uszedłby z życiem. Kiedy już Yossa i Shadowtears padli na ziemię, staruszek obudził się, machnął swoją różdżką, która wydała z siebie "Puf!", dezintegrując smoka, po czym zapytał:

- Czy to już pora na kolację? Chce mi się siusiu!

THE END

P.S. Cóż za wspaniały prezent dał mi dzisiaj Signur. Pochwę do mojego pięknego miecza. Powiedział, że zrobił ją specjalnie dla niego z materiału, który najlepiej do tego się nadawał. Przez chwilę wydawało mi się, że pochwa przemówiła głosem tego łotra, Artmara. Ale wszystko zagłuszył chichot jakiegoś czarodzieja, którego ktoś kiedyś pokonał. Dochodził z pochwy.

Naszymi bohaterami byli:

Artmar - Artur Marciniak. Znany czarnoksiężnik, który wiele lat temu pokonał pewnego czarodzieja. Od tego czasu towarzyszy mu jego przedśmiertny chichot.

Yossa - Rafał Nowocień, autor wielu psychodelicznych przygód, którymi zarzuca naszą redakcję i redakcję "Złotego Smoka". Tym razem w roli potężnego, łysiejącego osiłka ze skłonnościami do picia, który umie tylko dwa zdania w zrozumiałym dla innych języku: "Jako ostatni wystąpi Yossa!" i "Kładź się dziwko!".

Upadły paladyn Shadowtears - Andrzej Miszkurka, zwany również Kurzymisiem. Wspaniały bohater, który nie mógł wytrzymać będąc dobrym. Skończył swój grzeszny żywot, kiedy pewien Mistrz Gry zdenerwował się na niego.

Czarodziej Signur - Tomek Kreczmar. Gracz, który doprowadzał pewnego Mistrza Gry do białej gorączki mówiąc od czasu do czasu: "Andrzej jest w zielonym swetrze, śpi i nic nie mówi".

Waszymi bohaterami niezależnymi będą:

Rycerz tan Roger

Tan Roger jest wysuszonym staruszkiem, który, mimo dziesiątek lat na karku, nadal pozostał romantycznym, rządnym przygód rycerzem. Do walki ubiera się w swoją starą zbroję, w wielu miejscach powgniataną i pordzewiałą.

Roger, jak na prawdziwego rycerza przystało, nosi długie, sumiaste wąsy, zachowuje się dwornie wobec dam, ale nie wobec giermków i jest do przesady uczciwy oraz honorowy.

Wskazówki:

W trakcie rozgrywania przygody Roger będzie opowiadał niestworzone historie o swoich czynach (oczywiście tylko od ciebie zależy, jak niestworzone historie to będą). Widząc oznaki niedowierzania szybko wpadnie w złość wyklinając słuchaczy od łachudr, orczego pomiotu, nic nie wartych, niewydojonych pierdół. Musisz pamiętać, że Roger jest bardzo popędliwy. Jeżeli bohaterowie dadzą mu okazję, ruszy do walki z każdym napotkanym przeciwnikiem (oczywiście z opłakanym dla siebie skutkiem, chyba że systuację uratuje jego koń). Ewentualnie sprowokuje kogoś, kto, aż do spotkania z nim, nie myślał o walce. Poza tym Roger jest całkiem miłym staruszkiem. Wiele można uzyskać u niego, jeżeli się w odpowiedni sposób mu schlebia, na przykład: "Drogi panie, twój miecz nie powinien marnować się w bebechach nędznego orczego pomiotu. Pozwól, że to my, twoi słudzy, załatwimy tą sprawę za ciebie."

Krasnolud Arni

Krasnolud Arni jest najprawdopodobniej najstarszym żyjącym krasnoludem. Ciągłe zażywanie zacieru i spirytusu krasnoludzkiego przynajmniej dwukrotnie przedłużyło jego życie. Nieżyczliwi twierdzą, że od ponad czterystu lat nie był trzeźwy.

Zazwyczaj Arni nosi to samo poplamione ubranie przesiąknięte zapachem alkocholu. Nigdy też nie rozstaje się ze swoim toporem i nie przywykł do zdejmowania kolczugi, nawet kiedy się "myje". O jego charakterze trudno cokolwiek powiedzieć, gdyż przez prawie cały czas znajduje się w stanie upojenia alkocholowego i jedyne, co dociera do uszu towarzyszących mu osób to sprośne, pijackie, krasnoludzkie przyśpiewki.

Wskazówki:

Jak to już napisaliśmy, prawie przez całą przygodę Arni będzie zalany. Jedyną sprawą, która go naprawdę zainteresuje, będzie otworzenie nowej butelki zacieru po tym, jak stara się skończy. Z wielką przyjemnością podzieli się trunkiem z jednym z bohaterów. W razie potrzeby nauczy go też kilku świńskich piosenek i przysłów krasnoludzkich. Tylko w jednym momencie, to znaczy podczas finałowej walki, zerwie się do ataku, a z jakim efektem - już wiesz.

Kapłan Asteriusz Wielki

Asteriusz Wielki to tak naprawdę Ludvicius z Olgrionu, kapłan boga, którego mianem się tytułuje. Od dłuższego czasu wydaje mu się, że jest wcieleniem Asteriusza na ziemi. Przyjaciele nie wyprowadzają go z błędu.

Ludvicius ubiera się w bogato zdobione szaty kapłańskie. Nosi również wysadzany diamentami święty symbol.

Wskazówki:

W czasie gry Ludvicius prawie przez cały czas będzie próbował nawracać każdego z bohaterów. Karze zatrzymywać się cztery razy dziennie w celu odprawienia mszy. Nie ustąpi również, dopóki bohaterowie nie wyspowiadają się ze wszystkich swoich grzechów (byle co go nie zadowoli).

Mag Jasper

Jasper ma ponad dziewięćdziesiąt lat. Jak na człowieka jest bardzo stary, nic więc dziwnego, że jego głowa nie pracuje najlepiej. Już dawno zapomniał wszystkich swoich zaklęć. Jedyną rzeczą, którą jeszcze pamięta, jest hasło do różdżki dezintegracji.

Jasper jest niewielkim człowieczkiem o wysuszonej jak pergamin skórze. Z czubka głowy spływają mu na ramiona rzadkie, mlecznobiałe włosy. Sprawia wrażenie łagodnego i poczciwego. I rzeczywiście taki jest, jeśli tylko nie śpi.

Wskazówki:

Jasper śpi nie wadząc nikomu przez 22 godziny na dobę. W tym czasie któryś z bohaterów będzie musiał go przewijać jak niemowlę, gdyż czasami popuszcza. Starość nie radość, jak to mawiają. Jeżeli zostanie nagle wyrwany ze snu i zaraz potem zdenerwowany, może stać się niebezpieczny, gdyż w chwilach stresu wypowiada hasło uruchamiające różdżkę dezintegracji.

Koń Euzebiusz

Euzebiusz przeżył wiele pięknych lat jako wierzchowiec Rogera. Kiedyś, czarny jak noc, dzisiaj, siwy staruszek. Jak na konia jest bardzo inteligentny. Zawsze, kiedy skóra jego pana jest zagrożona, ucieka ratując w ten sposób Rogera.

Wskazówki:

W czasie wędrówki będzie musiał opiekować się nim któryś z bohaterów, a trzeba przyznać, że jest to złośliwa bestia. Z charakteru przypomina trochę konia Sparhawka, bohatera trylogi "Elenium" Davida Eddingsa. Lubi od czasu do czasu kopnąć, albo ugryźć, kiedy oporządzająca go osoba niczego się nie spodziewa. Opiekujący się nim poszukiwacz przygód powinien mieć ciężką przeprawę z tym rumakiem.

Pies Pikuś

Pikuś jest chowańcem Jaspera. Potrafi mówić w mowie powszechnej, po elficku, ba, nawet po orkowemu. Jest bardzo magicznym stworzeniem, porównywalnym możliwościami do starego samca srebrnego smoka (efekt wielu czarów wzmacniających, które przed laty rzucił na niego Jasper). Jest również rasowym jamnikiem, z czego jest bardzo dumny i nie omieszka o tym wspomnieć już przy pierwszym spotkaniu. Jeżeli jego pan będzie zagrożony, co, miejmy nadzieję, w tej przygodzie nie nastąpi, jak przystało na koleśa o możliwościach starego srebrnego smoka, szybko rozprawi się ze wszelkimi przeciwnościami losu.

Wskazówki:

Pikuś uważa siebie za bardzo systyngowanego i mądrego. Nie jest przecież jakimś kundlem. Z racji swej pozycji będzie przez cały czas starał się pouczać bohaterów co i jak mają robić, co jest właściwe, a co nie i kto tutaj rządzi. Niech bogowie mają w opiece tego, któremu nerwy nie wytrzymają.

Miecz Julia

Julia jest pięknie wykonanym, długim mieczem o osobowości kochliwej kobiety. Przed laty Roger odnalazł ją w prastarych ruinach. Od tego czasu nie rozstają się.

Wskazówki:

Roger, z racji swego wieku, przestał podobać się Juli, która będzie starała się za wszelką cenę uwieść jednego z bohaterów. Pomoże sobie w tym urokiem (rzut obronny na połowę odporności).

Wrogowie

Smok Stary Szmelc

"Stary Szmelc", jak go nazywa Roger, jest starym samcem czerwonego smoka. Ich drogi skrzyżowały się w przeszłości wielokrotnie. Nigdy jednak żadnej ze stron nie udało się odnieść zwycięstwa. Widok starych, wysuszonych wrogów rozśmieszy Szmelca dając bohaterom czas do działania.

Wskazówki:

Na początku walki Stary Szmelc będzie zachowywał się dosyć biernie. Wiara we własną potęgę i widok śmiesznych ludzików próbujących mu zagrozić wyrwie z jego płuc salwę gromkiego śmiechu. O tym, co może się dalej przydażyć, przeczytałeś w zamieszczonym powyżej opowiadaniu.

Podsumowanie

Przy opisach bohaterów niezależnych i Starego Szmelca nie podajemy współczynników. W przypadku staruszków są one nieistotne. W przypadku smoka znajdziesz je w opisie czerwonego smoka zamieszczonym w 14 numerze "Magii i Miecza". Ilość punktów doświadczenia, które przyznasz za sesję, zależy tylko od ciebie i od postawy twoich graczy. Przydziel ich tyle ile uznasz za stosowne. Acha, i jeszcze jedno: w jaskini znajduje się wielki skarb - godny takiego smoka. Sam zadecyduj, co się w nim znajdzie. Tylko ty wiesz, co przyda się bohaterom twoich graczy, a co będzie dla nich zbyt dużą nagrodą. Pamiętaj: dobierając przedmioty przedmioty miej na uwadze równowagę gry.


więcej...