Fhurhii - historia młodości i rozpaczy

To była zwykła wioska - urządzona wysoko wśród drzew, pośród ich konarów i w ich cieniu. Przycupnęło tam kilkanaście chat, połączonych ze sobą więziami przyjaźni i wspólnoty. Mieszkało w nich niewielu wietrzniaków - garstka licząca nieco powyżej trzydziestu. Wszyscy byli jednak szczęśliwi i radośni, bo czyż jest coś piękniejszego niż żyć w spokoju, latać w powietrzu i psocić? Od razu wam powiem, że tak, że jest coś piękniejszego. Miłość. Miłość, która dodaje skrzydeł nawet już uskrzydlonym; która pozwala chwytać wiatr w żagle pędzącym już statkom; która zachęca do nieoczekiwanych czynów.

Przez lata moje życie ciągnęło się niezmiennie - każdy dzień, każda godzina nie była podobna do poprzedniej. Czas mijał spokojnie. Otaczających nas świat - przez wieki skryty pod ziemią - budził się powoli do życia, zachęcając i nas do coraz dalszych wypraw w dżunglę. Pewnego dnia wraz z mym starszym bratem, z którym wszystko robiliśmy razem - Ghurhim - zapędziliśmy się tak daleko, że nie zdołaliśmy już powrócić na noc. Uznawszy to zrządzenie losu za zachętę do spędzenia kilku następnych dni poza wioską, z radością ułożyliśmy się do snu w konarach drzew. Wstaliśmy wraz z brzaskiem, z radością ogłaszając światu nasze przebudzenie i popędziliśmy dalej - poznając, ciesząc się i baraszkując.

Przez kilka następnych dni wędrowaliśmy coraz dalej i dalej - tam, gdzie jeszcze nikt z naszej wioski nie dotarł. Znaliśmy opowieści o innych rasach, o odległym świecie, o miastach i opuszczonych kaerach. Były to jednak tylko opowieści, które snuli starsi wieczorami. Naszym światem była dżungla - szalona, żywa i radosna.

Jakież było nasze zdziwienie, gdy pewnego wieczora dotarliśmy do wioski tak podobnej do naszej, że mogłaby się wydawać jej bliźniaczą siostrą. Tu również mieszkała garstka wietrzniaków, tu też mieszkała ona.

Obaj ujrzeliśmy ją jako pierwszą i obu nas urzekła miękkość jej ruchów, zwinność palców, piękno skrzydełek… jakże chciałem tańczyć z nią wśród wiatrów, w powietrzu, na ziemi…

Przyjęto nas przyjaźnie, z zaciekawieniem wysłuchując opowieści o naszym odległym domu i dżungli. Sanserija - bo tak miała na imię - łapczywie chwytała każde nasze słowo i radosnym uśmiechem kończyła każdy nasz żart.

Kilka najbliższych dni spędziliśmy w nowoodkrytej wiosce, a potem - wraz z kilkoma miejscowymi wietrzniakami - powróciliśmy do naszego domu. Nie zagrzaliśmy tu jednak zbyt długo miejsca, pragnąc jak najszybciej powrócić do Sanseriji i jej ojca - Kyastraa Starego, gdyż jego opowieści zachwyciły nas i urzekły. Przez wiele miesięcy mieszkaliśmy to tu, to tam, poznając sekrety tajemniczych dyscyplin, które objawił nam Kyastraa, i konkurując o Sanseriję. W końcu stało się jasne, że ona nie zechce wybrać żadnego z nas i że to my musimy zadecydować, kto zostanie ojcem jej dzieci. Nasza rasa od dawna rozwiązywała takie problemy w pojedynkach - krwawych i bezkrwawych. Mój brat pokonał mnie w jednym z nich, wygrywając tym samym Sanseriję. Ja - zrozpaczony i przybity - przez kilka dni słuchałem Kyastraa, który pocieszał mnie swymi historiami. Nie mogąc opanować bólu, tuż przed datą śluby opuściłem rodzimą dżunglę, by poznać świat i ukoić serce.

Jean-Paul de Mousquett

Wiele jest rzeczy na niebie i ziemi, o których się filozofom nie śniło, ale się wiele też rzeczy śniło filozofom, których nie ma ani na ziemi, ani na niebie.

Kazimierz Ajdukiewicz

Tło

Jean-Paul de Mousquett urodził się pod szczęśliwą gwiazdą. Wszystko, czego się dotknął w życiu, zmieniało się w złoto. Miał talent, przyjaciół i wspaniałą rodzinę. Jego dzieła - nowele, opowiadania i powieści - zdobyły uznanie czytelników i krytyków. Mówiono o nim, że przerósł największych mistrzów pióra. Wróżono mu wspaniałą przyszłość, zapraszano na salony i podziwiano. Nikt jednak się nie spodziewał, że kiedyś wszystko to rozsypie się w proch.

Swoją przyszłą żonę spotkał na jednym z licznych przyjęć - z tych, na których spotykają się wychudzeni poeci, bogaci mecenasi i krytycy o ostrych piórach. Nigdy jej nie pytał, jak się tam znalazła, uznając, że to było przeznaczenie. A może pytał, a ona nie odpowiedziała? Jakie to ma dziś znaczenie? Po prostu, gdy ujrzał ją po raz pierwszy, wiedział, że to na nią czekał całe dotychczasowe życie. Była urocza i piękna, a jej uśmiech pozostawał w pamięci na długie lata. Dziś już nie pamięta, skąd zdobył tyle odwagi, by podejść do niej i się przedstawić. Jednak w jego wspomnieniach wciąż żywe pozostaje te kilka chwil, które spędzili razem, wymieniając uprzejmości i uwagi.

Po trzech miesiącach byli już małżeństwem. Nikogo to nie zdziwiło. Jean-Paul był przecież zawsze szczęściarzem i dostawał to, czego pragnął. Zaraz po ślubie udali się w podróż po Atlantyku, a potem zamieszkali razem w uroczym domu na przedmieściach Paryża.

Przez lata Jean-Paul i Marianne żyli szczęśliwie, ciesząc się każdym dniem i każdą chwilą spędzoną razem. On pisał, zdobywając kolejnych wielbicieli. Ona wspierała go swą miłością i oddaniem. Ich szczęście mącił tylko jeden fakt - brak dziecka, którego oboje pragnęli. Kiedy więc Marianne zaszła w ciążę, Jean-Paul nie posiadał się z radości. W końcu spełniło się jego ostatnie marzenie. Czyż nie był urodzony pod szczęśliwą gwiazdą?

W dniu porodu szczęśliwa gwiazda Jean-Paula zgasła. Poród okazał się zbyt ciężki i choć najlepsi lekarze robili co w ich mocy, matka i dziecko umarli. Świat zwalił się na głowę młodemu pisarzowi. Zrozpaczony zamknął się w sobie, zerwał kontakty towarzyskie, przestał opuszczać dom. Wpierw przyjaciele próbowali mu pomóc, za każdym jednak razem wyrzucał ich lub w ogóle nie otwierał drzwi. Po pewnym czasie zaprzestali prób, wiedząc, że i tak nic nie wskórają.

Mawiają, że czas leczy rany. Jean-Paul jednak nie chciał pogodzić się ze stratą ukochanej żony i nienarodzonego syna. Cały czas wspominał Marianne, przeglądał jej listy, osobiste rzeczy i stare fotografie, usiłując sobie przypomnieć każdy jej gest i uśmiech, tembr głosu, zapach perfum… Kiedy przestawał myśleć o żonie, snuł plany na przyszłość swego nienarodzonego dziecka. Chodząc po pustym domu, opowiadał mu bajki, bawił się z nim i opiekował.

Ten stan trwał ponad rok. Potem Jean-Paul zaczął pisać, jak nigdy dotąd. Z pasją silniejszą od wzburzonego oceanu i miłością zdolną przenosić góry. Wpierw spisywał swą przeszłość - aż do chwili urodzin dziecka, a potem stworzył przyszłość - z żoną i synem (bo to miał być syn) u boku.

Jean-Paul dostawał zawsze to, czego chciał. Niektórzy mówili, że jest urodzony pod szczęśliwą gwiazdą. Nic więc dziwnego, że i tym razem jego pragnienia się spełniły. Dom zaczął rozbrzmiewać płaczem dziecka oraz śmiechem szczęśliwej matki. Na początku Jean-Paul nie był pewien, czy to rzeczywistość, czy może sztuczka, jaką spłatała mu jego wyobraźnia. Później jednak zrozumiał, że każdego ranka urzeczywistnia się opowieść, którą spisał dnia poprzedniego. A im więcej słów pojawia się w jego dzienniku, tym bardziej realne i rzeczywiste stają się wymyślone historie. W końcu zmarła żona i nienarodzony syn zaczęli żyć własnym życiem. Nie musiał już opisywać, co i kiedy robią. Wystarczyło, że o nich myślał… a może to oni myśleli o nim?

Przez lata nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, co wydarzyło się w domu Jean-Paula. Być może nikogo to nie interesowało, a może to moc pisarza sprawiła, że wszyscy omijali zapuszczone domostwo na przedmieściach Paryża.

Mały Pierre powoli dorastał, pod opiekuńczymi skrzydłami wspaniałej matki i tajemniczego, nieobecnego ojca. Nie wiedział, dlaczego nie może opuszczać ponurego domu i spoglądać przez okna. Słuchał jednak rodziców, był bowiem grzecznym dzieckiem. W wieku ośmiu lat po raz pierwszy objawił się jego dar. Tak jak i ojciec, potrafił przywoływać do życia bohaterów opowieści. O ile jednak Jean-Paul musiał myśleć o swych tworach, o tyle dzieci jego syna przychodziły na świat spontanicznie, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wkrótce pokoje domu na przedmieściach Paryża zapełniły się wyczytanymi przyjaciółmi Pierre’a. I nie tylko nimi. Wraz z przyjaciółmi pojawili się wrogowie - koszmary, które opuściły dom w poszukiwaniu ofiar. I w taki oto sposób rozpoczęła się wojna w krainie wyobraźni. Wojna, która miała się toczyć w świecie rzeczywistym.

Kaeagir Suwlir Aseaned – historia postaci

Mój ród - Aseanedowie - od wieków oddanie służył Therze. Prapradziad i pradziad (Waeraeir Suwlir Aseaned), wsławili się w wielu bitwach, m.in. w trakcie wojen orichalkowych, jako dzielni dowódcy. Później wędrowali po świecie, sprzedając Rytuały ochrony i przetrwania, by mieszkańcy innych prowincji również mogli przeżyć Długą Noc. Gdy jednak wyspa otoczona została ochronną barierą, nie było już bitew, nie było wojen, w których moi przodkowie mogli się wsławić. Powoli traciliśmy na znaczeniu, odchodziliśmy w zapomnienie. Z nadzieją oczekiwaliśmy dnia, w którym powrócimy, by odzyskać utracone prowincje. I w końcu nastąpił. Mój dziad (Toarealir Suwlir Aseaned) i ojciec (Eanerilr) wraz z Pavelisem wyruszają do Barsawii, by po raz pierwszy doznać sromotnej klęski i wycofać się do Powietrznej Przystani. W trakcie tych walk mój dziad ginie, gdy dochodzi do abordażu jego statku przez trolle. W końcu najwyższy gubernator - Nikodus - odwołuje mego ojca i wysyła go do Wasgotii.

Ja - Kaeagir Suwlir Aseaned - urodziłem się właśnie w Wasgotii, w roku 1483 TH, już po opuszczeniu magicznych zasłon. Tak jak moi przodkowie poznałem sekrety dowodzenia oddziałami, jednak ma porywcza natura nie pozwoliła mi zostać dobrym wodzem. Od rozkazywania żołnierzom wolałem pojedynki i walkę w starciu. Ojciec - widząc moją niechęć - pozwolił mi szkolić się w posługiwaniu mieczem, co po wielu latach okazało się zbawienne.

Gdy miałem 15 lat nasze zesłanie dobiegło końca. Cała rodzina - ja, ojciec, matka i moja młodsza siostra oraz moi wujowie, bracia Eanerilra: Uanerilr i Oanerilr - powróciliśmy do rodzinnego domu, na Therę. Gubernator znów patrzył na Aseanedów łaskawym okiem - może przypomniał sobie o naszych zasługach, a może taki był jego kaprys. Tak czy inaczej następne lata spędziliśmy w Nehr’esham, gdzie miałem okazję poznać przeszłość niemalże całego świata. Nie skorzystałem z niej, wolałem bowiem spędzać czas na jeździe konnej i doskonaleniu sztuki władania mieczem. Ojciec namówił mnie jednak, bym przeczytał kilka poleconych przez niego ksiąg o przeszłości Thery, o prowincjach imperium. Zachęcił mnie również do zapoznania się z dziełami, których nie napisali uczeni mężowie, tylko poeci i sprawni w piórze elfowie.

Życie upływało mi na przyjemnościach. Wszystko wydawało się piękne i łatwe. Mijał rok za rokiem, a ja cieszyłem się z każdej chwili. Wydawało mi się, że tak będzie wyglądać całe moje życie.

Przez te wszystkie lata Aseanedowie utrzymywali bliskie kontakty z równie znamienitym, acz liczebniejszym rodem - Leandaenami. Nie była to familia przypominająca moją; oni poświęcili swe życie magii, a nie walce bronią. Większość dnia spędzali nad księgami i czarodziejskimi rytuałami. Była wśród nich jednak osoba, która nie przypominała Leandeanów. Poznałem ją przez przypadek, odwiedzając z ojcem głowę rodu. Quwiele była piękna niczym świetnie wykuta klinga w promieniach jasnego słońca. Jej błękitne oczy były niczym morze, w którym niemal od razu się utopiłem. Jej śmiech przypominał szczęk uderzających o siebie mieczy.

Spędzaliśmy ze sobą znaczną część dnia - rozmawiając, śmiejąc się i dzieląc wspomnieniami oraz oczekiwaniami na przyszłość. Obiecywaliśmy sobie przyjaźń, przywiązanie i wieczne zaufanie.

Gdy miałem 19 lat gubernator uznał, że nadszedł czas i wysłał mój ród do Powietrznej Przystani. Nie mogłem się pogodzić z myślą o rozstaniu z Quwiele, a i jej przykro było myśleć, że być może już nigdy się nie zobaczymy. Obiecaliśmy sobie, że za rok spotkamy się znowu, na naszej ulubionej polance. Przysięgę tą potwierdziliśmy własną krwią, by jej moc była silniejsza niż inne, proste przyrzeczenia. Byliśmy młodzi i głupi - żadne z nas nie wiedziało, jak potężne są przysięgi krwi.

Wspomniany rok minął szybciej niż się spodziewałem. Już po chwili stałem trzymając Quwiele w ramionach i z radością wpatrywałem się w jej uśmiech. A jakże uradowała mnie wieść, że również ród Leandaenów wkrótce przybędzie do Powietrznej Przystani. Ciesząc się jak dzieci raz jeszcze złożyliśmy sobie obietnicę, pieczętując ją krwią. Mieliśmy spotkać się w Powietrznej Przystani za niecałe pół roku. Gdyby i to nam się udało, wydało mi się, że już nigdy się nie rozstaniemy; że na zawsze pozostaniemy razem.

Leandeanowie przybyli zgodnie z obietnicą; wędrująca z nimi Quwiele była jakaś zmartwiona. Nie pozwolono mi się z nią zobaczyć - była ponoć zmęczona podróżą. Zacząłem się niepokoić, gdy przez cały następny tydzień nie dano mi się z nią spotkać. A następnej nocy stało się coś, o czym nigdy nie zapomnę.

Obudził mnie wrzask, dochodzący z komnaty siostry. Nie był to krzyk osoby śniącej koszmary. Raczej kogoś, kto naprawdę przeżywał koszmary. Nie myśląc wiele chwyciłem za miecz i rzuciłem się na korytarz. Mym oczom ukazała się przerażająca scena. Dwóch zamaskowanych osobników, otoczonych kłębami mgły dokonywało rzezi. Jeden z nich właśnie kończył tkać zaklęcie, którego ofiarą był mój ojciec - padł na ziemię, wijąc się z bólu i jęcząc. Z jego bezwładnej ręki wypadł miecz. Tymczasem drugi wyszeptał jakieś słowo, wskazując na jednego z wujów, którego ręka nagle uschła, przemieniając się w kikut. Przerażony tym widokiem z okrzykiem na ustach rzuciłem się na napastników. Wydawało mi się, że mój cios dojdzie celu, mgła jednak jakimś cudem skupiła się i odchyliła ostrze. Stojący naprzeciw mnie napastnik zaśmiał się i powiedział chrapliwym głosem: - Taka jest wola naszego ojca - po czym zaczął wymawiać słowa jakiegoś zaklęcia. Tymczasem drugi z przeciwników ruszył do komnaty wciąż krzyczącej siostry.

Nagle usłyszałem furkot i w stojącego przede mną napastnika wbił się bełt z kuszy. Zaskoczony tym przeciwnik cofnął się o krok i wskazał ponad mną, szepcząc coś. Usłyszałem odgłos padającego ciała; nie marnowałem jednak czasu na odwracanie się, tylko - przypominając sobie nauki mego pierwszego mistrza - pchnąłem. Miecz wbił się w ciało przeciwnika, który jęknął i osunął się na kolana. Złożyłem się do kolejnego cięcia, pragnąc zakończyć walkę. Napastnik uniósł do góry ręce w obronnym geście… nie, uniósł ręce i zdjął kaptur, zasłaniający twarz. Jakież było moje zaskoczenie, gdy ujrzałem Quwiele.

- Uciekaj - szepnęła. - Uciekaj najszybciej jak możesz. Wybacz mi i uciekaj - zakończyła, kryjąc twarz w dłoniach i cicho płacząc.

Zdezorientowany stałem z uniesionym mieczem, słysząc jedynie jęki rannych członków mej rodziny i krzyk siostry. Quwiele - widząc moje niezdecydowanie - wstała i pchnęła w kierunku komnaty.

- Im już nie pomożesz. Ratuj siebie… proszę…

Nie zdając sobie sprawy z tego, co czynię, zarzuciłem szybko coś na siebie, a Quwiele wcisnęła mi jakiś przedmiot do ręki. Uśmiechnęła się smutno i założyła na głowę kaptur. Potem pchnęła mnie mocno. Poleciałem do tyłu, wypadłem przez okno i - koziołkując się - spadłem na ziemię. Usłyszałem jeszcze wściekły wrzask, a potem biegłem przed siebie, nie zatrzymując się, nie myśląc i nie wspominając.

Nie pamiętam, jak udało mi się przeżyć kilka następnych dni. Tułałem się po okolicy, w końcu dotarłem najpewniej do Landis, gdzie dobrzy ludzie przygarnęli mnie i przez kilka dni gościli w swej wiosce. Tu odzyskałem siły i jasność myśli. Przedmiot, który wcisnęła mi do ręki Quwiele, okazał się być rodowym pierścieniem, noszonym przez mojego ojca. Znalazłem również w jednej z kieszeni ubrania sakiewkę ze złotem i list od ukochanej - do dziś nie wiem, jak się tam znalazły.

Kochany,

Nasza przysięga została złamana. Już nigdy się nie zobaczymy. Mój ród od dawna planował pozbyć się Aseanedów i przejąć władzę nad waszymi oddziałami. My byliśmy tylko pionkami w grze mojego ojca; pionkami, które nagle zaczęły żyć własnym życiem. Mam nadzieję, że uwierzysz mi. Zrobiłam wszystko, by Cię uratować, nic jednak nie mogłam zrobić dla Twoich bliskich. Obiecuję Ci, że umrą szybko.

Jedź do Barsawii i nie wracaj na Therę. Tu Aseanedowie są już spaleni. Podczas waszej nieobecności mój ojciec rozpowszechnił wiele plotek, pragnąc was skompromitować. Zapewniam Cię, że udało mu się. Takie są prawa, rządzące imperium - silniejszy zwycięża. W tym wypadku, wy byliście słabsi.

Żegnaj

Q.

Nie wiem, ile dni nie wstawałem z łóżka. W końcu zmusiłem się do dalszego życia. Poprzysiągłem zemstę całemu rodowi Leandaenów, łącznie z Quwiele - do dziś nie wiem, jak bardzo była winna spisku.

Przez ponad rok tułałem się po Barsawii, oddając swe usługi kupieckim karawanom, karczmarzom i każdemu, kto raczył za nie zapłacić. Przez ten czas zrozumiałem, że widząc bliznę na czole wywołaną magią krwi, wielu od razu odwraca się ode mnie. Dlatego też zacząłem nosić chustę w kolorze morza, osłaniającą czoło i jednocześnie włosy. Wystaje spod niej jedynie niewielki fragment blizny. Czasem zasłaniam chustą również prawą brew, która nabrała szmaragdowej barwy po tym, jak spotkałem się z Quwiele w Nehr’esham po roku rozstania.

Wspaniałe, jedwabne ubrania, które miałem na sobie uciekając z Powietrznej Przystani, zastąpiłem skórzaną zbroją, granatowym płaszczem i takimiż spodniami. To w zasadzie wszystko - poza mieczem i sygnetem ojca - co posiadam. Pieniądze, które zarabiam, szybko wydaję na wino lub przegrywam w karty. Nieufam już nikomu, rzadko też się odzywam widząc, że therański akcent nie jest w Barsawii zbyt lubiany. Inni mogą mnie uważać za mruka, nie chcę się jednak zdradzić. Wciąż tęsknię za Nehr’esham, za Therą; ufam, że gdybym zdołał dotrzeć do gubernatora, Leandaenowie zostali by ukarani. A raczej taką mam nadzieję.

Ostatnio wiatry przygnały mnie do Kratas. Zatrudniłem się tu u karczmarza jako pomoc - jestem jednocześnie ochroniarzem, sprzątaczem i roznosicielem potraw. Nie jest to może praca na miarę adepta, tak jednak najwyraźniej chciały Pasje.

Tu wszyscy znają mnie pod mianem „Smutnooki” lub „Milczący”; wielu opowiada niestworzone historie o mojej przeszłości, a karczmarzowi to odpowiada. Mówi, że dzięki temu klienteli więcej i że się nie nudzi. Może ma rację. Mnie najbardziej odpowiada pierwsze z tych imion, bowiem Kaeagirem Suwlirem Aseanedem przestałem być dawno temu. Jeśli Pasje pozwolą, znowu nim zostanę.

Anthony MacPhirson – historia postaci

25 Września 1847

Oto moje pierwsze słowa w dzienniku. Nazywam się Anthony MacPhirson i właśnie wczoraj skończyłem 12 lat. W ten dzień otrzymałem od ojca mego, Jamesa, ten właśnie dziennik.

Dziś wypłynęliśmy w podróż morską. Płyniemy do mego brata, do Ameryki. Arthur ma tam posiadłość.

30 Października

Mój drogi dzienniku, nie pisałem tak długo, bowiem podczas podróży rozchorowałem się strasznie. Kiedy w końcu dotarliśmy do miasta zwanego Los Angeles, w którym to mieszka mój brat, byłem tak zadowolony, że zobaczyłem jego twarz, iż nie miałem ochoty pisać.

2 Listopada

Wczoraj ojciec długo rozmawiał z Arthurem o matce. Prawie jej nie pamiętam. Wiem tylko tyle, że umarła wydając mnie na świat. Tak mówił mój ojciec.

7 Grudnia

Przenieśliśmy się do wiejskiej siedziby mego brata. Ma tu ogromne połacie ziemi uprawnej.

Miejscowi chłopcy są bardzo niemili. Cały czas śmieją się ze mnie. Z tego, że jestem słabszy od nich i że boję się koni.

2 Stycznia 1848

Wczoraj obchodziliśmy Nowy Rok.

1 Stycznia 1852

Przez cztery lata nie pisałem nic do mego pamiętnika. Postanowiłem, że teraz zacznę to robić częściej. Wpierw jednak chcę opisać, co zdarzyło się przez ten czas. Starszy ode mnie o 15 lat Arthur prowadzi tu gospodarstwo. Całkiem nieźle prosperuje. Ojciec, który posunął się ostatnio w latach, większą część czasu spędzał w swoim gabinecie czytając księgi przywiezione ze sobą ze starego kraju.

Dlaczego teraz piszę? Otóż wracamy do Anglii. Ojciec dostał list od swego przyjaciela. Ponoć zginął stary druh ojca. Teraz chce wrócić, aby pożegnać się z nim. Za tydzień wsiadamy więc na statek.

17 Lutego

Arthur kupił nam niewielką posiadłość pod Londynem. Tu teraz mieszkamy. Dom przypomina mi trochę ten, który pamiętam z czasów dzieciństwa. A może jest to nawet ten sam.

Jutro ojciec wyrusza pożegnać się ze swym przyjacielem. Z tego co wiem, to stary Jack Slater nie żyje, ale jakoś ojcu nie robi to różnicy.

20 lutego

Jutro idę na pierwszy w życiu bal! Ojciec cały dzień mówił mi, jak powinienem się zachować. Słyszałem to po raz kolejny, jako że już mój guwernant uczył mnie tego dwukrotnie.

Dziś zdarzyła się jeszcze jedna dziwna rzecz. Otóż poszedłem do ojca do gabinetu, aby przynieść mu zaproszenie na bal. Kiedy wszedłem, siedział pochylony nad wielką księga, która leżała na biurku. Nigdy wcześniej jej nie widziałem, sądzę więc, że należała do Jacka Sletera. Jak już pisałem, kiedy wszedłem, ojciec siedział pochylony nad jej grubymi stronicami. Nie zareagował na pukanie (nigdy tego nie robił, więc po zapukaniu zawsze wchodziłem). Myślałem, że staruszek usnął, więc potrząsnąłem go za ramię. Dopiero wtedy, gdy to robiłem, zobaczyłem, że jego usta poruszają się, a oczy są otwarte. Ojciec znajdował się w jakimś dziwnym transie. Kiedy jednak potrząsnąłem nim, natychmiast przebudził się z niego, choć wzrok nadal miał błędny. Przez chwilę denerwował się, że mu przeszkadzam, ale potem uspokoił się i zaczął mi tłumaczyć, czego powinienem na balu unikać.

21 Lutego

Wróciliśmy z balu późnym wieczorem. Odbywał się u Lady Stanley. Było na nim wielu gości. Same niesamowite osobistości. Czułem się trochę dziwnie. Na szczęście spotkałem tu Lottę. To była moja stara przyjaciółka z lat dzieciństwa. Rozmawialiśmy przez większą część zabawy. Potem tańczyliśmy. Och, cóż to była za upojna noc.

Księga, którą widziałem u ojca w gabinecie, nie daje mi spokoju. Cały czas mam przed oczami jej otwarte stronice i wypisane na nich atramentem słowa. Ten obraz zdaje się płonąć w mojej głowie. Nie mogę zasnąć. Gdy tylko przestaję widzieć księgę, przed moimi oczami pojawia się twarz Lotty. Umówiłem się z nią na spacer.

23 Lutego

Dziś spotykam się z Lottą na obiedzie. Już czuję się nieswojo na myśl o spotkaniu jej.

Ojciec jest chyba przeciwny temu spotkaniu. Nie wiem dlaczego. Czyżby nie lubił Lotty?

Obiad był wspaniały. Przez cały czas rozmawiałem z Lottą i jej rodziną (z nimi trochę mniej). Pojutrze znów mamy się spotkać.

24 Lutego

Ojciec dziś bardzo źle wygląda. Nad ranem obudziła mnie krzątanina w domu. Cała służba była już na nogach. Podobno ojciec w nocy źle się poczuł. Właśnie jest u niego medyk. Wysłałem umyślnego do Lotty, żeby odwołać nasze spotkanie.

Dziś przed mymi oczami znów stanął obraz tej księgi. Nie mogąc się powstrzymać, poszedłem do gabinetu ojca. Okna pokoju były zasłonięte. Całe pomieszczenie skryte było w ciemności. Zapaliłem lampę stojącą na biurku. Moje oczy powoli badały pomieszczenie. Ileż razy tu byłem, ale jak dotąd jeszcze nigdy dokładnie nie obejrzałem tego pokoju. Przy jednej ze ścian stała półka z książkami. Koło okna znajdował się kominek, nad którym wisiał portret matki. Jakaż ona była piękna.

Moją uwagę przykuła jednak inna rzecz. Na biurku leżała otwarta księga. Była długa na łokieć i szeroka na półtorej dłoni. Kartki były pożółkłe i grube. Zapisane dziwnym charakterem pisma w języku, którego nie potrafiłem zrozumieć. Mimo to zacząłem powoli odcyfrowywać tekst, który znajdował się na otwartej stronie. Na marginesie znalazłem niewielki rysunek, który przedstawiał ułożenie palców lewej dłoni. Próbowałem zrozumieć, cóż takiego jest napisane na tej stronie, ale żadne ze słów nie było mi znane.

25 Lutego

Ojciec czuje się już lepiej. Zaczął nawet spacerować trochę po domu, choć opiekunka cały czas go nie opuszcza.

Przez ostatnie dwa dni studiowałem tę jedną stronicę w księdze kilkakrotnie. Dalej nie rozumiałem nic, co było tam napisane.

27 Lutego

To straszne i dziwne. Kiedy wczoraj poszedłem studiował tę niesamowitą stronę, która nie daje mi spokoju, zdarzyło się coś przerażającego. Ułożyłem dłoń w sposób, jaki znajdował się na rysunku. A potem, z głębi mego ciała, mej duszy, nadeszły słowa i gesty, których nigdy nie znałem i nie mogłem znać. Kiedy skończyłem mówić, padłem na ziemię wyczerpany. Obudziłem się wieczorem. W moim pokoju, na fotelu, siedział ojciec. Patrzył się na mnie niewidzącymi oczami.

– Jutro porozmawiamy, synu – powiedział. – Teraz śpij.

Moje ciało ogarnęła senność.

Nie mogłem się doczekać tej rozmowy. Z jednej strony bałem się, a z drugiej byłem naprawdę ciekawy. Ale w końcu jestem już po niej.

Wszedłem do gabinetu ojca. Poza nim w środku znajdowało się starszy mężczyzna, którego ojciec tytułował lord Carninghall, i kobieta, lady Carninghall. Przez kilka godzin opowiadali mi o rzeczach, w które nie wierzę. Mówili o magii, dzięki której niemożliwie rzeczy stają się możliwe. O dziwnej, tajemniczej sekcie, o której nikt poza nimi z pewnością nie słyszał. Powiedzieli mi, że ja też potrafię posługiwać się magią, że jest we mnie moc. Myślę, że są szaleni.

1 Marca

Przez ostatnie dni chodziłem po domu myśląc, a raczej niemyśląc. Mój umysł wypełniała pustka. Nie wiem, co robić. Nie wiem, kim jestem... czym jestem. Ojciec widział się ze mną jeszcze tylko raz. Siedział wieczorem przy kominku sącząc brandy. Opowiedział mi historię swego małżeństwa. Jak to sam stwierdził, bez niedomówień. Zapisuję ją tak, jak pamiętam.

Poznałem Marry-Ann na balu. Była najpiękniejszą damą w towarzystwie. Ja byłem tam ze swym ojcem i matką. Miałem 20 lat.

Poprosiłem ją do tańca. Jakież było moje zdziwienie, kiedy dowiedziałem się od niej, że byłem jedynym, który się na to odważył.

Potem spotykaliśmy się coraz częściej. W końcu postanowiliśmy wziąć ślub i wprowadzić się do naszej rodzinnej posiadłości. Moi rodzice byli bardzo zadowoleni.

Urodził się twój brat. Wspaniały chłopiec. Rósł szybko. Był silny i wysoki, nie tak jak ty, czy ja. Był też piękny niczym jego matka.

Kiedy miałeś trzy latka, Arthur wyjechał. To był tuż po tym, jak zginęła twoja matka.

Nasza rodzina nigdy nie cieszyła się dobrą sławą. Okoliczni wieśniacy uważali nas za dziwaków... nawet gorzej, za jakieś sługi ciemnych mocy. Na nasze nieszczęście jeden ze służących podejrzał mego ojca podczas dokonywania rytuału oczyszczenia. Wieści rozeszły się szybko. Już następnego dnia na nasz dom napadła dzika tłuszcza. Ojca zabili na ganku. Stał z dubeltówką i pochodnią w ręku. Mówił, że nikt nie wejdzie do jego domu. Matka odebrała sobie życie. Dlaczego ja tam nie zginąłem?... Dlaczego postanowiłem uciec? Nie czułbym tyle bólu.

Twoja matka była zbyt dumna, by uciekać. Na dodatek właśnie była w ciąży. Spłonęła żywcem w dworku, kiedy go podpalili.

Ja i Arthur wzięliśmy ciebie i uciekaliśmy. Razem z nami uciekał John, wychowanek mego ojca i nasz sługa. Jak udało nam się zbiec, nie wiem.

Wieść o tej tragedii wstrząsnęła mną. Nie mogę się pogodzić z tym, co się stało. Nie wierzę też w słowa mego ojca i państwa Carninghall. Nie mam w sobie mocy.

5 Marca

Znów spotkałem się z Lottą. Chyba byłem jednak niezbyt miły. Mój umysł nie może się wciąż jeszcze pogodzić z prawdą.

8 Marca

Ojciec wysyła mnie do Cambridge. Mam tam studiować. Powiedział, że może zapomnę dzięki temu o wszystkim. Może odnajdę siebie w murach starego uniwersytetu. Niedługo wyjeżdżam.

20 Marca

Przybycie na uniwersytet w środku semestru to nie był najlepszy pomysł. Nikogo nie znam, a większość przyjaźni jest już pozawierana. Siedzę całymi dniami w swym pokoiku, odcięty od świata. Chodzę jedynie na zajęcia z literatury.

25 Marca

Pogodziłem się już ze sobą. Teraz, w spokoju, mogę zająć się nauką.

Wysłałem list z przeprosinami do Lotty.

25 Kwietnia

Przez miesiąc nic nie pisałem, bowiem nic się nie zdarzyło. W dodatku monotonne życie na uniwersytecie nie napawa mnie ochotą do pisania. Poza tym mam dużo pracy.

30 Czerwiec

Przyjechałem do ojca na wakacje.

5 Lipca

Dziś spotkałem się z Lottą. Wyglądała pięknie. Tylko ja wciąż kaszlałem i chrypiałem. Źle się czuję.

15 Sierpnia

Przez prawie półtorej miesiąca byłem chory. Podobno leżałem cały czas w łóżku majacząc w gorączce.

Przyjechał Arthur. Z żoną i półrocznym synkiem. Pięknie wygląda.

15 Października

Już od pewnego czasu uczę się na uniwersytecie. Wymieniam stale korespondencję z Lottą. Wspaniała dziewczyna.

Poznałem tu Charlesa Banksa. Wspaniały mężczyzna. Ma niesamowicie przenikliwy umysł. Zna się na literaturze.

23 Grudnia

Na wigilię przyjechałem do domu. Ojciec bardzo źle wygląda. Ja chyba też, bo większość służby dziwnie się na mnie patrzy. Faktycznie ostatnio nie czuję się najlepiej. Nie mogę spać. Dręczą mnie jakieś straszne koszmary. Rano budzę się w zakrwawionej pościeli.

2 Stycznia 1853

Sylwestra spędziłem na balu z Lottą. To było chyba nasze ostatnie spotkanie. Charles bardzo jej się spodobał. Chyba mają się ku sobie.

2 Stycznia 1854

To dziwne, że przez rok nie czułem potrzeby pisania. Przez ten czas prawie skończyłem me studia literatury. Zaprzyjaźniłem się bardzo z Charlesem. Pod koniec lutego ma się żenić z Lottą.

Ostatnio lepiej się czuję. Me zdrowotne problemy chyba się skończyły.

15 Luty

Wczoraj odbył się ślub Lotty i Charlesa. Byłem ich świadkiem. Wspaniała uroczystość.

20 Września 1855

Wróciłem właśnie do domu. Skończyłem już studia. Zwiedziłem też trochę świata. Byłem we Francji i Niemczech. I Egipcie, i w Indiach. Wspaniałe kraje. Wspaniałe wycieczki. Niestety większość wypraw ominęła mnie, bowiem nie jestem najbardziej wytrzymały. Spędzałem więc czas z Lottą, podczas gdy Charles z przyjaciółmi podróżowali.

Podczas jednej z wypraw w Indiach natrafili na ślady kultu bogini Kali. Znaleźli tam niesamowitą, złotą statuetkę przedstawiającą boginię. Miała rubinowe oczy. Charles wziął ją ze sobą.

2 Października

Właśnie dowiedziałem się, że Charles leży złożony chorobą w domu. Jutro do niego wyjeżdżam. Czekają mnie dwa dni drogi dyliżansem do jego posiadłości.

5 Października

Charles bardzo źle wygląda. Posiwiał i schudł. Z twarzy jakby odeszła mu krew. Prawie nie je. Nic nie mówi. Nawet chyba nie śpi. Lotta jest w strasznym stanie. Przyjechali nasi wspólni przyjaciele. Radzimy, co robić.

15 Października

Po dziesięciu dniach męczarni Chrales odszedł od nas. Jego śmierć napawa mnie niesamowitym smutkiem. Wraz z Lottą planuję pojechać do mego domu. Ona nie chce oglądać już tych ścian.

20 Października

Wczoraj pochowaliśmy go.

21 Października

Ojciec dowiedział się o statuetce. Poprosił, bym mu ją pokazał.

24 Października

Wczoraj, kiedy wracałem wraz z Lottą z jej domu do naszego dworku, zdarzyła się dziwna rzecz. Miałem przy sobie w torbie statuetkę dla ojca. W pewnej chwili poczułem, że muszę coś zrobić. To było niesamowite. Kazałem woźnicy zatrzymać się. Wysiadłem, mimo że padało. Otworzyłem torbę i postawiłem statuetkę na ziemi. Potem przez moje ciało przepłynęły dziwne prądy. Wypowiedziałem dziwne słowa układając dłonie w niesamowity wzór. Nagle statuetka zaczęła się świecić dziwnym blaskiem. Czułem, że to nie jest dobry przedmiot. Coś mi podpowiadało, że ciągnie się za nim mroczny cień.

30 Grudnia

Wiem już teraz, że mam w sobie moc. Wierzę memu ojcu. Powoli zaczynam studiować jego księgi, w których zapisane są czary i magiczne formuły. Zaczynam rozumieć, czym jest magia.

Ojciec przesłał statuetkę jednemu ze swoich przyjaciół. Powiedział, że on się nią zajmie i żebym o niej zapomniał.

Lotta powoli wraca do siebie. Nawet zaczyna się powoli uśmiechać. Nie chce wracać do swych rodziców. Spytała mnie, czy nie może jeszcze przez pewien czas mieszkać u nas. Zgodziłem się.

15 Sierpień 1859

Przez tyle lat nie pisałem. To takie dziwne. Dziś robię to dlatego, że umarł mój ojciec. Miał 79 lat. Przez te lata poznałem arkana magii. Zrozumiałem, czym są cuda i czym jest natura. Osłabłem również bardzo, bowiem magia wyczerpuje strasznie.

30 Sierpień

Przyjechał Arthur wraz z rodziną. Ma przecież już trójkę dzieci: Adama, Eleonorę i Jamesa. Pożegnaliśmy ojca. Na jego pogrzeb przyjechało kilku znajomych, o których nigdy nie słyszeliśmy. To dziwne, że ojciec, który tak wiele czasu spędzał w domu, miał tylu przyjaciół.

24 Września 1865

Dziś kończę trzydzieści lat. Od kilku już lat mieszkam samotnie w domu, który pozostawił mi ojciec. Czasem jestem zapraszany na bale i spotkania. Nie zawsze na nie chodzę. Bardzo mnie męczą. Piszę wiersze i nowele, które czasem ktoś drukuje. Badam również magię.

To dziwne, że dopiero teraz przypomniałem sobie o tej dziwnej statuetce, przez którą najprawdopodobniej umarł Charles. Przypomniałem sobie o tym tylko dlatego, że przeczytałem swój pamiętnik. Czy nie jest dziwnym zbiegiem okoliczności fakt, że zapisałem tylko o tym znalezisku Charlesa. Nurtuje mnie ta sprawa coraz bardziej.

15 Października

Zebrałem swych starych przyjaciół z lat uniwersyteckich. Byli moimi i Charlesa przyjaciółmi. Przypomniałem im wszystkie okoliczności śmierci naszego przyjaciela. I wspomniałem o moich przypuszczeniach. Nie uwierzyli mi.

20 Lutego 1866

Dziś wyjeżdżam do Kalkuty. Muszę odkryć powody śmierci Charlesa.

12 Stycznia 1867

Powróciłem z tej strasznej wyprawy. Nie potrafię opisać wszystkiego, co mi się przydarzyło. Napiszę jednie, że udało mi się odnaleźć miejsce, w którym najprawdopodobniej znajdowała się siedziba tego strasznego kultu. Były to niesamowite ruiny porośnięte dziwnymi roślinami. Większość tragarzy uciekło. Pozostał jedynie mój przewodnik, a i on tylko dlatego, że groziłem mu pistoletem. Nic jednak pośród ruin nie odnalazłem. Wydałem wszystkie pieniądze, które wziąłem ze sobą, więc musiałem wracać.

Nierozwiązana sprawa śmierci mego przyjaciela wciąż nie daje mi spokoju, mimo że minęło już tyle lat.

W domu odnalazłem listy. Między innymi od Lotty, z którą muszę się spotkać. I od jakiegoś Johna Garmonda, który koniecznie chce mi coś powiedzieć przed swoją śmiercią.

więcej...