Miłość to nie znaczy, zawsze to samo, albo rycerskie konkury

W epoce political correctness ciężko jest pisać o miłości jedynie z męskiego punktu widzenia. Tak jednak wyszło, że rycerze byli w większości mężczyznami (w znacznej większości - jedyny wyjątek, jaki przychodzi mi namyśl, to Joanna D’arc) i to oni mieli damy swego serca, a nie na odwrót. Zresztą te nieliczne rycerki były zwykle dziewicami, więc i tu sprawa jest jasna. Mam przeto nadzieję, że wszystkie Czytelniczki MiMa wybaczą mi, że będę pisał z męskiego punktu widzenia - poprzednie artykuły łatwo było „zuniseksować”, ale z tym będzie trudniej.

Bycie zakochanym należało do rycerskich obowiązków. Dotyczyło to tylko jednak dam, a nie niewiast z ludu. Adoracja mogła dotyczyć tylko kobiet z odpowiedniej klasy. Wbrew powszechnej opinii amory na odległość były raczej wyjątkowe - na ogół miłość winna być skonsumowana. Przede wszystkim jednak musiała być obustronnie wierna. Rycerze zaprzysiężeni damom opierali się urokom zakochanych w nich pań. Zdarzały się również niezwykłe próby miłości. Pewien ojciec obiecał rękę córki rycerzowi, jeśli ten zdoła ją wnieść na wysoką górę. Białogłowa głodziła się wiele dni, by ułatwić ukochanemu próbę - cóż z tego, jeżeli po osiągnięciu szczytu mężczyzna zmarł z wycieńczenia. Z kolei Lancelot, szukając żony króla Artura, spotyka karła z wózkiem. Karzeł proponuje rycerzowi, że wskaże mu drogę do ukochanej, jeśli ten wsiądzie na wózek, co było wielką hańbą. Lancelot po wahaniu się zgadza, jego pani jednak się boczy, gdyż nie uczynił tego od razu.

Adorowanie kobiet pojawiło się dopiero w XII wieku, oczywiście we Francji. W Polsce było nowością jeszcze w XV wieku - tak przynajmniej traktuje je Sienkiewicz w Krzyżakach: Maćko wzrusza jedynie ramionami, gdy Zbyszko składa Danusi przysięgę. U Germanów nie było w ogóle tradycji adorowania kobiet. W samurajskim kodeksie (często porównywanym do kodeksu rycerskiego) zaś nie ma miejsca nawet na kobiety. Cóż, bicie żony było w owych czasach na porządku dziennym - łącznie z łamaniem nosa. Kobita była po prostu uzależniona od obrony mężczyzny.

W końcu jednak narodziła się sztuka adoracji na odległość; ponoć postarały się o to kobiety, wsparte przez wędrownych minstreli. Pojawiły się nawet dzieła w rodzaju Kunsztu miłości dwornej Andreasa Capellanusa, który opisywał adoracje dążącą do zadośćuczynienia. Autor zaczynał wszystko od kunsztownych zalotów słownych, wyszukanej retoryki z obu stron, uzależniając wszystko jednak od pozycji klasowej adoratorów. Co ciekawe, u Capellanusa nie mogło być miłości między mężem i żoną, gdyż uczucie to miało pozostawać sekretne, połączone z zazdrością i stałym niepokojem o partnera.

Ciekawy był stosunek kościoła względem miłości. Dość rozwiązłe obyczaj rycerstwa nie pasowały chrześcijańskim duchownym, jednak pozwalali oni grzeszne czyny łatwo odpokutowywać. Oficjalnie potępiano cudzołóstwo, ale sympatia była po stronie kochanków. Krążą nawet niezwykłe opowieści o tym, jak wiarę i przysięgi łatwo naginano. Gdy choćby pewien rycerz w postaci sokoła nawiedzał żonę starego męża, ta zgodziła się go uszczęśliwić, jeśli tylko przystępując do komunii zademonstruje swą wiarę. Pan Bóg łatwo dawał się zwodzić - nawet w sądach bożych. Izolda wystawiona na próbę (musiała utrzymać rozżarzoną sztabę) wychodzi z niej zwycięsko, przysięgając, że nikt jej w ramionach nie trzymał - z wyjątkiem króla Marka (czyli małżonka) i pewnego żebraka, który przeniósł ją przez błoto (czyli Tristana). Z kolei żona Artura przysięgła, że żaden z jedenastu rycerzy śpiących w sąsiednich komnatach nie odwiedził jej nocą. Cóż, Lancelot był tym dwunastym. Jeśli jednak dowiedziono niewierności, białogłowę prowadzono na stos w zgrzebnej koszuli z rozwianym włosem. A wtedy zawsze w ostatniej chwili zjawiał się rycerz na pięknym rumaku i gotów był stanąć w szranki za jej niewinność, która zresztą, oczywiście, była bezsporna.

Koniec teorii, czas na praktykę.

Miłość trudno jest odgrywać. Trudno adorować Mistrza Gry, który jest facetem, a tylko odgrywa rolę kobiety. Nawet jeśli ów prowadzący okazuje się prowadzącą, nie jest prosto zapomnieć, że to tylko Agnieszka czy Beata, z którą nic nas nie łączy. Gorzej zresztą, jeśli nas łączy, bo wtedy reszta bohaterów będzie się nudzić. W tym wypadku my gracze stajemy przed jeszcze trudniejszym zadaniem niż aktorzy. Oni przynajmniej mają żywą kobietę, z którą mają odegrać pewną scenę. Istnieje jednak kilka sposobów na rozegranie problemu miłości. Po pierwsze, Mistrz Gry może zaprosić miłą, sympatyczną koleżankę, która odegra rolę bohaterki niezależnej. To najlepszy sposób, trudny jednak do załatwienia. Po drugie, trzeba dużo samozaparcia i wyobraźni, by w miejsce Andrzeja albo Michała umieścić piękną Izabelę. Po trzecie, można w ogóle zrezygnować z adoracji i uznać, że jest już „po”. Owszem, to pójście na łatwiznę, ale czasem tak trzeba.

Adoracja jest niewątpliwie najciekawszym elementem, szczególnie w realnym życiu. Później miłość zaczyna być dość nudnawa, jeśli partnerzy nie starają się siebie zadowolić. W RPG o niespodzianki winien starać się Mistrz Gry. My tylko musimy być wierni swym ukochanym. I tu znów zaczyna się zabawa, w której prowadzący z graczem raz po raz odbijają piłeczkę. Porwiemy ukochaną - odbijemy ukochaną. Ukochana się zakocha w kimś innym - zabijemy tego kogoś. I tak dalej, i tak dalej.

O miłości trudno też jest pisać, bo w końcu nie zawsze znaczy to samo. Przy odgrywaniu tego typu spraw najlepiej sięgnąć po klasykę, w rodzaju legend o Tristanie i Izoldzie czy Krzyżaków. W żadnym wypadku nie polecam Harlequinów.

Warto jeszcze pamiętać, że jedyną różnicą między kaprysem a wieczną miłością jest to, iż kaprys trwa trochę dłużej i że miłość jest złudzeniem (Oscar Wilde), i że rzeczą uchybiającą godności męskiej wkładać wszystkie siły duszy i serca w uczucie nieodwzajemnione (Henryk Sienkiewicz).

PS. KONKURS! Oto koniec czysto rycerskich tekstów. Za miesiąc napiszę o etosie w innych czasach. Dlatego też ogłaszam konkurs. Do końca października czekam na Wasze listy z kuponami, w których opiszecie najciekawsze sposoby RPGowskiego wykorzystania idei rycerskiej. Mogą to być zarysy pomysłów, krótkie opowiadanka, opisy postaci - czego sobie tylko zażyczycie.

Dworzanin, dyplomata i szlachcic, albo rycerz wersja 2.1

Ruszymy kołem czasu do przodu, kiedy rycerz stał się dworzaninem, a miało to miejsce w Odrodzeniu, wiąże się zaś przede wszystkim z Italią. Posłużę się dziełem Cortegiano niejakiego Castiglione, by w kilku słowach opisać ów ideał.

Idealny dworzanin winien pochodzić ze szlachetnego rodu, nie musiał za to być wielkiej postury czy siły. Jedyny zawód, który mu przystoi, to zawód rycerski, choć wzór Castiglione jest raczej zdemilitaryzowany (wystarczą turnieje). Pokojowy dworzanin nie będzie więc szukał okazji do pojedynku. Zalecana jest mu nonszalancja i wdzięk, maskujące kunszt - dzięki temu wygląda na osobę, której wszystko łatwo przychodzi. Ponieważ wiedza humanistyczna stanowi ozdobę, to idealny dworzanin winien znać łacinę, grekę, czytać poetów, mówców, historyków, pisać prozą i wierszem, grać na różnych instrumentach, rysować. Walcząc w armii będzie się oczywiście kierował honorem, gotów pierwszy wejść na mury obleganego miasta, zwłaszcza jeśli król będzie na to patrzył (dyskretna reklama). W rozmowie stara się unikać aluzji złośliwych i jadowitych. Będzie próbował zasłużyć na łaskę księcia, zostać jego mentorem. Nie możemy również zapomnieć, że kobieta - cnotliwa, kulturalna, posiadająca wiedzę humanistyczną, powściągliwa i umiejąca wysłuchać rzeczy swawolnych - doda poloru wszystkim tym cnotom. Trzeba jednak dodać, że panna może ofiarować swe uczucia tylko temu, kogo zamierza poślubić. Zamężna zaś kobieta może oddać wyłącznie swe serce.

Na dworze francuskim więcej było próżniaków, którzy na pierwszy rzut oka nic nie wnosili. Wspomina o tym de Méré, podsumowując jednak: bycie dworzaninem „to nic innego jak celowanie we wszystkim co powabne i przystojne”. W tym celu zaś musi współdziałać ze sobą urodzenie i staranne wychowanie. Ciekawe, że u de Méré współzawodnictwo ograniczało się do utarczek słownych i nigdy nie prowadziło do pojedynków.

Nie należy również zapomnieć o dyplomatach, gdyż ten „zawód” pojawił się właśnie w Odrodzeniu. A dobry dyplomata, jak pisze Calliéres, nie może być szpetny, nazbyt wysoki czy niski. Winien za to wywodzić się z dobrego rodu, gdyż tak okazywany jest szacunek władcy, do którego się udał w misji. Musi również mieć majątek, dzięki czemu nie da się go skusić różnymi podarkami. A przede wszystkim winien umiejętnie posługiwać się retoryką i prowadzić wszelakie negocjacje.

Szlachcic wieku XVII to kopalnia pomysłów na postaci. W ED może to być Fechtmistrz bądź Wojownik, a nawet Trubadur (jako dyplomata - vide opowiadanie „Wszystko ma swoją cenę” w numerze 4/98), przebywający na dworze Throalu lub Thery, bądź wysłany do innych królestw; albo elf wywodzący się choćby i z Krwawej Puszczy; krasnoludy, jako rasa honorowa, to też świetny przykład; najlepiej chyba jednak nadają się t’skrangi, które bardzo przypominają muszkieterów. W WFRP, choć Stary Świat to raczej Średniowiecze, nie brak również dworów, na których nasz bohater mógłby zdobyć sławę. KC dają mniej możliwości, ale mamy przecież rycerza - wystarczy nie ubierać go w zbroję i nieco „ucywilizować”, by był bliski ideałowi dworzanina. W AD&D okazji jest co niemiara - Forgotten roi się od przeróżnych zamków i państw; podobnie Grayhawk; gorzej już z Krynem. O DP wspominać też nie muszę, bo to przecież świat sarmacki, a choć polska szlachta nieco różniła się od zachodniej, to przecież nic nie stoi na przeszkodzie, by zagrać Francuza, który trafił nad Wisłę. Równie łatwo jest w 7th See, gdzie kraina bardzo przypomina Europę wieku siedemnastego.

Naszego dworzanina możemy również skonstruować na podobieństwo bohaterów Dumasa, a w szczególności - muszkieterach (część z nich wywodziła się ze zubożałej szlachty). Dzięki temu będziemy mieć skorego do wypitki i wybitki wojownika, świetnie posługującego się orężem, zdolnego poświęcić swe życie dla króla, nie stroniącego od pięknych dam, żartobliwego, a w niektórych przypadkach - niezwykle silnego. Taka postać będzie, wzorem de Méré, niszczyć słownie przeciwników, prowokować ich (videtalent z ED), a potem, wzorem już Castiglione - kilkoma celnymi cięciami rozkładać na łopatki. Może też przyjąć rolę dyplomaty, który uda się na dwór sprzymierzonego lub wrogiego państwa, by tam - dyskretnie albo i nie - załatwić kilka ważnych spraw (odzyskać klejnoty…).

Ambitnym mogę polecić próbę odegrania postaci Don Kichote’a, opisanej przez Cervantesa. Jest to jednak niezwykle trudne, bowiem - jak pisze Tomasz Mann - „Don Kichote jest wprawdzie obłąkany […], ale jego anachroniczny bzik czyni go jednocześnie tak szlachetnym, czystym, pełnym wykwintnego wdzięku, nadaje całemu jego sposobowi bycia, cielesnemu i duchowemu, tyle urzekającej i budzącej szacunek godności, że śmiech wywoływany przez jego «ponure», groteskowe oblicze zawsze jest pomieszany z respektem i podziwem, i wszyscy, którzy go spotykają, potrząsają głową nad jego pożałowania godną i zarazem wspaniałą osobowością, czując sympatię dla tego pomylonego na jednym punkcie, a poza tym nieskazitelnego szlachcica”. Spróbujcie coś takiego odegrać.

Równie ciekawe postaci kreuje nieoceniony Szekspir, choć zajmował się on krytyką zarówno wzorów rycerskich, jak i życia dworskiego. W „Romeo i Julii”, poza tytułowym bohaterem, jest jeszcze niesamowity Tybalt i jego słynny pojedynek. Można jeszcze oczywiście sięgnąć po nieśmiertelnego „Hamleta” czy mniej znane „Jak wam się podoba”.

Warto przy okazji dodać, że na dworach roiło się od wielu niezwykle ciekawych postaci, które również można odgrywać - niech za przykład posłuży błazen (wspomnijcie Stańczyka). Odrodzenie to doprawdy niezwykła epoka.

Bierz życie takim, jakim jest. Uciekaj, kiedy musisz, walcz, kiedy trzeba, odpoczywaj, kiedy możesz(Robert Jordan).

Dżentelmen, czyli rycerz wersja 2.2

Ruszmy kołem czasu jeszcze bardziej, gdy nasz rycerz stał się „najsympatyczniejszym typem w ewolucji ssaków” (jak pisze André Maurois). Dżentelmen, o którym myślę, to idealna postać do ZC i ŚM, ale takżeCP czy wielu innych przyszłościówek - nie musi wszakże być ograniczony jedynie ramami czasowymi epoki wiktoriańskiej i granicami Anglii (byli wszak galantuomo we Włoszech, caballero w Hiszpani czygentilhomme we Francji).

Słowo „dżentelmen” dopiero około 1415 roku zyskało znaczenie określające pewną grupę społeczną, do której zaliczało się ludzi zarówno z racji urodzenia, jak i wychowania czy wykształcenia. Ideał ów zaś przetrwał aż do drugiej wojny światowej. A jak było z życiem dżentelmena? Wczesne dzieciństwo winien spędzić w towarzystwie kobiecym, starannie dobranym, a w siódmy roku życia trafić w męskie ręce. Naukę (prowadzoną bez przymusu) rozpoczynano od łaciny i greki - tu rozumienie tekstu i smakowanie go miało większe znaczenie niż gramatyka. W czternastym roku życia należało przejść do retoryki, uzupełnionej o historię (z elementami ekonomicznymi i politycznymi) oraz o prawo i filozofię. Wolny czas młodzieniec winien spędzać na muzyce, malarstwie czy rzeźbie. Niezbędna jest też jazda konna, a polecane - tenis, pływanie i polowanie. Godna uwagi gra to szachy. Przez cały czas za wzorce osobowe służą bohaterowie starożytni.

Thomas Smith w De Republica Anglorum tak definiuje dżentelmena: „ktokolwiek stosuje prawodawstwo państwowe, kto studiuje na uniwersytecie, kto uprawia nauki wyzwolone i, krótko mówiąc, może żyć nie pracując i nie uprawiając zajęć fizycznych, bierze na siebie obowiązki dżentelmena, przy czym ma jego zachowanie i sposób bycia […] ten winien być nazywany dżentelmenem”. Dodaje później, że dżentelmen musi być odważniejszy i bardziej szczodry; zrównoważony i dbający o reputację; obowiązuje go strój i uzbrojenie odpowiadające jego kondycji, a także wykształcenie. Musi też utrzymywać osobistą służbę. Niezwykle ważny jest oczywiście sposób wysławiania się. Steel w piśmie The Guardian tak pisze o dżentelmenie: „[…] jest on wyposażony w taką godność i wzniosłość, na jaką człowieka stać może. Do tego bym dołączył umysł jasny, wolny od uprzedzeń, widzę rozległą. […] to człowiek obstający przy swoim, wolny od nieumiarkowanych namiętności, człowiek pełen czułości, współczucia i życzliwości. […] skromny, ale nie uniżony, szczery, ale nie posuwający się aż do impertynencji, usłużny, ale nie służalczy, pogodny i w dobrym humorze”. No i oczywiście honorowy, bo o honorze nijak tu nie wspomnieć.

A przedstawicieli jakich profesji można uznać za dżentelmenów? Niewielu, poza adwokatami i lekarzami (bez chirurgów, akuszerek czy szarlatanów - w XIX wieku w Anglii dentyści i chirurdzy nie byli mile widziani w towarzystwie z racji zarobkowania pracą rąk). Kupcy, muzycy, malarze i wszyscy ci, którzy na siebie zarabiają, odpadają już w przedbiegach. Z drugiej jednak strony kupców, artystów i uczonych bardzo ceniono.

Dżentelmen żył w atmosferze współzawodnictwa, przeto niezwykle ważne dla niego były zasady fair play, które nie pozwalały na korzystanie ze słabostek przeciwnika. Maurois pisze: „Gardzić niebezpieczeństwem, stawiać opór natarciu, to w oczach Anglików nie jest nawet aktem odwagi. To po prostu należy do dobrego wychowania. O małym buldogu, który stawia się dużemu psu, mówią z całą powagą: dżentelmen”. Stąd też i pojedynki były nadmiernie uczciwe - w końcu to rycerska spuścizna, prawda?

I wiedzcie, że nie istnieje coś takiego, jak logiczna metoda wpadania na nowe pomysły lub logiczna rekonstrukcja owego procesu (Karl R. Popper).

JEDI i nie tylko, albo rycerz wersja 2.3

Nikt chyba nie ma wątpliwości: rycerzem można być w każdej niemal stylistyce. Nawet w space operze, co udowodnił Lucas, tworząc „Gwiezdne wojny” i postaci rycerzy (!) Jedi. Owi mistyczni wojownicy walczą bronią „białą”, mają kodeks, rytuały, tajemne moce… Czegóż więcej pragnąć?

Jedi to nie jedyny sposób na stworzenie rycerza w świecie tzw. hard science fiction. Nasz wojownik nie musi wcale być mistyczną postacią. To może być niemalże zwyczajny fighter z gunem w ręku. Tu rolę odgrywa wszak nie broń czy typ postaci, ale charakter i psychologia bohatera. Ważny jest kodeks, o którym tyle pisałem; podejście do innych mieszkańców świata gry; honor; miłość; przyjaźń…

Przenieśmy się na chwilę do cyberpunka. W brutalnym świecie czy to CP czy SR teoretycznie nie ma miejsca na rycerzy bez skazy. Ale fakt ten tylko winien nas zachęcać. Pamiętacie ostatnią ekranizację „Romea i Julii”, w reżyserii Baza Luhrmanna? Tam bohaterowie w taki sposób używają pistoletów, jakby to były szpady czy rapiery. Zachowują się jak przystało na szarmanckich szlachciców, choć atmosfera świata zdaje się do tego zupełnie nie pasować. Czyli można połączyć dwie zdawałoby się obce sprawy. To samo spróbujmy uczynić w cyberpunku. Pamiętajcie: U rycerza nie chodzi o broń czy zbroję, ale o charakter. Co potwierdza choćby cykl filmów „Mad Max”, których bohaterem jest przecież wojownik szos - ale nie taki zwykły zabijaka, a właśnie rycerz.

Będzie więc nasz rycerz przyszłości charakteryzował się wszystkimi cechami klasycznego szlachetnie urodzonego. Musi jednak jednocześnie pasować do innej stylistyki. Nie ma wszak smoków, z którymi mógłby toczyć pojedynki i stać się bohaterem legend. Wydawałoby się, że trudno w ogóle znaleźć godnego przeciwnika. Tym bardziej jest to wyzywająca rola. Nasz rycerz przyszłości będzie przypominał trochę Don Kichote’a - nie do końca pasuje do otaczającego go świata, walczy z „wiatrakami” (mutanci, cyberszaleńcy i inne takie) i dobrze mu z tym.

W stechnicyzowanym świecie mamy jeszcze jedną możliwość odegrania rycerskiej postaci. W rzeczywistości wirtualnej. Ikona naszego kowboja cyberprzestrzeni może być żywcem ściągnięta ze średniowiecznych rycin. Programy do niszczenia LODów będą przypominały miecze, kopie lub rapiery. Pamiętajmy jednak cały czas, że nie dzięki samemu wyglądowi rycerz jest rycerzem. Nasz kowboj będzie musiał posiadać też odpowiedni kodeks.

A gdy już jesteśmy przy kowbojach, to warto wspomnieć, że w DeadLandach i podobnych światach też roi się od potencjalnych rycerzy. Ileż to westernów nakręcono o samotnych jeźdźcach, uzbrojonych tylko w rewolwer i honor, którzy robili porządek z tymi złymi. Niesamowici Wayne, Peck czy Eastwood grali ich doskonale.

I jeszcze jedna nietypowa wersja rycerza. Widzieliście „Payback” z Melem Gibsonem? Głównym bohaterem filmu jest niezbyt miły typek - złodziej, malwersant i morderca. A jednak kieruje się on honorem i specyficznym kodeksem. Gdyby nie „źli ludzie”, byłby zwykłym, normalnym facetem. Sytuacja zmusiła go zaś do zostania mordercą. Ale mordercą z honorem. Sami osądźcie, ile w nim rycerza przyszłości.

O czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć(Ludwig Wittgenstein).

PS. I to by było na tyle. Jeszcze rozwiązanie konkursu, a za miesiąc czeka Was zupełnie inny cykl. Ale o tym sza! Wesołych Świąt i hucznego sylwestra.

Hop do MiMa lub Archiwaliów
więcej...