Recenzja filmu Hardware

Okrzyknięto go Terminatorem lat dziewięćdziesiątych, horrorem roku, najbardziej oryginalnym filmem ostatnich lat, seksownym, przerażającym, zabójczym, kultowym. Klimatem porównywano go doObcego i Blade Runnera. A później zapomniano.

Fabuła filmu Hardwer jest prosta. Mamy obraz dalekiej przyszłości zniszczonej Ziemi. Gdzieś zniknęły piękne miasta i lasy. Pozostały jedynie bezlitosne rządy, które nie liczą się ze zwykłymi ludźmi. Na radioaktywnym pustkowiu tajemniczy wędrowiec odkrywa pozostałości cyborga zwanego MARK 13. Jest to kuloodporna, ognioodporna, samonaprawiająca się, zaawansowana technologicznie maszyna do zabijania, której prototyp testował rząd. Niestety coś poszło nie tak i mechanizm trafił na złom. Resztki urządzenia najpierw trafiają do rąk wspomnianego wcześniej wędrowca, od którego kupuje je Moses Baxter - dla przyjaciół Twardy Mo (w tej roli Dylan McDermott). Urządzenie staje się prezentem dla Jill (Stacy Travis) - byłej dziewczyny Mosesa. Jak łatwo się domyślić, MARK 13 ożywa i terroryzuje kobietę, co kończy się krwawą rzeźnią.

Reżyser filmu - Richard Stanley - poszedł w ślady Davida Cronerberga i Clive’a Barkera. Stworzył przerażającą, sugestywną wizję przyszłości, w stylu i klimacie cyberpunka. I właściwie nie fabuła filmu, ale styl, w jaki został zrobiony i jego klimat są tu najważniejsze. Obrazy atakują naszą podświadomość i wyobraźnię - niesamowita, niekończąca się pustynia, przytłaczające i przerażające miasto, dziwne, szalone stroje bohaterów i niesamowity MARK, którego metalową czaszkę zdobi amerykańska flaga. Gdzieś w tle pojawia się głos Iggy Popa, który jako DJ Wściekły Bob informuje nas, że nie ma żadnych pieprzonych dobrych wiadomości. Widzimy sugestywne postacie - Mo z mechaniczną ręką, jego przyjaciela - narkomana (który do znudzenia mówi: Wszystko jest pod kontrolą!), tłustego podglądacza - fotografa amatora i karła - handlarza elektroniką. Każda z nich ma w sobie coś przerażającego, są bowiem jakby żywcem wyjęci z naszej rzeczywistości.

Przez cały czas towarzyszy nam sugestywna, świetnie dobrana muzyka, bez której film straciłby bardzo wiele. W większości skomponował ją Simon Boswell, jednak wykorzystano i inne utwory. Scenie miłości Mo z Jill towarzyszy zakręcony kawałek Public Image Ltd., zaś końcowym chwilom - Stabat maTerGioacchino Rossiniego. Ponadto mamy jeszcze do czynienia z kawałkami Motorhead i Ministry.

Duże wrażenie z pewnością robi mistyczna scena śmierci Mo. Oczom mężczyzny, otrutego przez pozbawionego uczuć robota, pojawiają się obłędne, szalone, niesamowite obrazy, a w tle słychać tony ciężkiej, monotonnej muzyki. Mo umiera sam, tak jak i sam żył - otoczony przez puste mieszkanie, w którym czai się bezlitosny MARK.

Podobnie ma się sprawa z ostatnimi kadrami. Jill pokonuje w końcu maszynę i słaniając się na nogach opuszcza świat, w którym żyła. Cóż z tego, jeśli i tak historia się powtórzy - ktoś znów przemierza pustynię w poszukiwaniu odpadów. A później znów słyszymy głos Wściekłego Boba, dzięki któremu wiemy, że tak naprawdę nic się nie zmieniło, że nastąpiła tylko niewielka tragedia, w którą wmieszane było kilka osób.

Gdzieś w tle filmu czai się niepewność i groza. Czy aby nasza rzeczywistość nie jest właśnie taka? Czy MARK 13 to nie jacyś szaleni psychopaci, którzy zabijają dla zabawy i przyjemności? Czy przypadkiem Wściekły Bob nie jest symbolem pragnących sensacji mediów? Czy sami nie zwracamy uwagi na tragedie, które toczą się wokół nas? Nie należy jednak przeinterpretowywać obrazu - jest to w końcu tylko kolejny film s-f, na który krytyka nie zwróciła uwagi, a nawet fani fantastyki o nim zapomnieli.

więcej...