Parenting control

Opublikowany 2014/02/07

Daleki jestem od oferowania dzieciakom całkowitej swobody. Młody ma sto pomysłów na minutę z cyklu „jak popełnić samobójstwo wylewając przy okazji wodę”. Młoda jest pod tym względem spokojniejsza, ale za to wchodzi w wiek, w którym z tabletu korzysta się coraz bardziej samodzielnie. A jak i z tabletu, to z sieci. Jak z sieci, to wiadomo…

Dzieciaki mają to do siebie, że granic poszukują zawsze. I badają. Badając zaś robią porządek w szufladach, na stołach i w łazience. Młodego ciekowość doprowadziła do wciśnięcia kilku płyt do konsoli. Tak, w efekcie przestała działać.

Przeczyłem na portalu społecznościowym pytania rodziców dotyczące polecanego zabezpieczenia szuflad – co kupić, gdzie za ile, jak czy warto, jakie warto. Przez jakiś krótki moment próbowaliśmy blokować szuflady. Wyszło nam jednak szybko, że lepiej wyszkolić młodzież. Co niebezpieczniejsze rzeczy lądowały poza zasięgiem (i wciąż są, vide leki czy środki czystościowe), ale szuflad nie blokowaliśmy.

Dlaczego? Bo nie da się w kontrolować młodych przez całe życie. Możemy ich otoczyć balonem, odciąć od złych treści, wszędzie wozić samochodami – ale prędzej czy później przyjdzie im się posługiwać nożem czy zmierzyć z Internetem tudzież nieprzyjemnymi ludźmi. Izolowanie przez całe życie jest po prostu niemożliwe.

Uważam tedy, że zamiast parenting control lepsze byłoby awareness. Albo po prostu najlepsza taktyka, czyli – asekuracja. Jakoś to dziecko musi się nauczyć chodzić po drabinkach. Nie możemy go cały czas trzymać, więc asekurujemy. To samo sprawdza się w innych aspektach życia.

Asekuracja lepiej działa niż klosz ochronny. Tylko refleks trzeba mieć. Ale dzięki niej mniej dziecko ograniczamy i dajemy większą swobodę. A im większa swoboda, tym większa ciekawość życia.

Gdzie uśpić nie możesz, tam po technologię sięgaj

Opublikowany 2014/01/30

Nocne usypianie dwulatka to męka – przynajmniej w naszych dwóch wypadkach i, jeśli wierzyć opowieściom znajomych, łatwe to bywa z rzadka. Można oczywiście zdać się na taktykę dziadków, czyli „niech biega aż się zmęczy i padnie”, ale zwykle kończy się to w okolicy 22 czy 23. Jeżeli tak się dzieje nie u mnie w domu, to gotów jestem to zaakceptować, bo „co z oczu to i z serca”.

Ja jednak lubię mieć wieczory dla siebie. Staram się z małżonką zakończyć dzieciowy dzień w okolicy 21. Z Młodą można sobie zawsze poradzić puszczając jej jakąś bajkę-grajkę czy inne słuchowisko. Zadziała w zasadzie dowolne poza „Piotrusiem Panem”, którego z żoną bardzo lubimy, ale którego Młoda słuchała jako 2-latka niemal co wieczór i którego w efekcie chyba znienawidziła. Tak czy inaczej, zapuszczenie jej słuchowiska na tablecie pozwala usnąć. Choć ostatnio, zmęczona szkołą, pada podczas czytania „Hobbita” (co pewien czas próbując się upewnić, czy to na pewna ta książka co z niej 2 filmy zrobili i czy na pewno ona > się skończy<, a nie zostawi nas gdzieś >w lesie<).

Młoda zatem technologicznie jest ogarnialna. Gorzej z Młodym.

Młody to stwór, którego trudno czasem zatrzymać, a zmusić do uśnięcia wieczorem bywa zadaniem godnym Dworkina. W trakcie dnia wystarczy się przytulić, dać butlę, luli-luli, dobranoc, do zobaczenia za 2h.

Lecz gdy wstaje blask wieczorny, Młody typem staje się upiornym…

Sięgnęliśmy tedy po technologię stosowną uprzednio na Młodej. Niestety mój ulubiony „usypiacz” grający muzyczkę i wyświetlający różne kształty na suficie umarł (a potrafił z nami wędrować w różne strony świata, od Zakopanego po Hurghadę). Zabawka była o tyle fajna, że zmieniając tylko jeden element, uzyskiwało się całkiem niespodziewany efekt. I urządzenie można było położyć z dala od ciekawych rączek.

Bo Młody ma to do siebie, że do każdego urządzenia się dobiera na różne sposoby. Aktualnego usypiacza w postaci świecącej, grającej i poruszającej się zabaweczki obmacał do tego stopnia, że baterie umarły w dwa-trzy dni. Widać jak go to bawi. Patrzy się i maca. „Patrzcie, włączyło się”. „O, już nie gra”. „Co z tymi dźwiękami”. „Znów się rusza”. „Jak upadło to gra dalej”. „Może rzucę to gdzieś”. I tak dalej.

Mamy też świecącego różowego misia. Miś jest różowy, bo jak większość takich zabawek, wcześniej należał do Młodej. W jej wypadku miś sobie świecił, a ona się przytulała i spokojnie usypiała (no, chyba że nie była w nastroju). Ale Młody musi sprawdzić po wielokroć czy aby na pewno jak wciśnie raz jeszcze to się wyłączy/włączy – czy nie?

Śpiewająca przytulanka, co to jeszcze mówi różne rzeczy, z różnymi piosenkami i funkcjami zależnymi od wciśniętej łapki pozwala Młodemu nie spać przez całe dziesiątki minut. „Two minutes of bed-time music”… ileż razy pod rząd można tego słuchać?

W efekcie najlepszym usypiaczem jest kindle – pozwala mi czytać gdy Młody robi wszystko, by nie spać, kiedy już się mu książeczki popokazuje i światło wreszcie zgasi…

Łamacz językowych barier

Opublikowany 2014/01/21

Podczas naszej wakacyjnej wyprawy wybraliśmy się z Młodą na łódkę, by nacieszyć się nurkowaniem. Młoda też miała zejść pod wodę, jeśli zechce – ale nie zechciała. Na łodzi był skład międzynarodowy, czyli wielu Rosjan, kilku Anglików i Polaków oraz miejscowych. No i dwójka dzieci – Młoda i jej brytyjski rówieśnik. Oboje mieli rodzinny tablet.

Dzieciaki na początku podchodziły do siebie z licznymi obawami. Głównie wynikało to z problemów językowych i pewnie nieco z zainteresowań. Młoda wolała kolorować, a rówieśnik strzelać z karabinów. Niemniej – jak to dzieci – zbliżali się do siebie powoli acz skutecznie. W końcu oboje sięgnęli po tablety – tej samej marki i z tym samym systemem operacyjnym (coby nie robić lokowania produktu, niewymieniam). Szybko okazało się, że mają zupełnie inne aplikacje zainstalowane. Zaczęli się bawić nieswoim urządzeniem. Domagać zapisania przez rodziców nazw aplikacji, które im się podobają.

Co jednak najważniejsze, dzieciaki zaczęły ze sobą gadać w językach ponglish i english. Razem grać na tym samym tablecie i rywalizować przy okazji.

Komentarz rodzicielki rówieśnika: „Jak szybko technologia pozwala się poznać”.

Pewnie dzieciaki podobnie by się bawiły na basenie, ale łódka na morzu jednak ogranicza nieco opcje aktywności. Tablet zaś po raz kolejny pokazuje niesamowitą potęgę w przełamywaniu barier.

Tablet w służbie zbiorowego żywienia

Opublikowany 2014/01/14

Byłem na urlopie – w zimnych miesiącach udałem się w zasadzie tradycyjnie w ciepłe otoczenie. Żywienia jak to wiadomo, nieco zbiorowe, czyli patrzenie ludziom do talerza zdarza się nieraz. Głównie jednak nie ludziom, a dzieciom. Była sobie bowiem salka z mniejszymi stolikami i krzesełkami, coby młodsi mogli spokojnie się żywić w wygodnych warunkach. Nic szczególnego.

Szczególne dla cybertaty stało się jednak wykorzystanie tabletów. Na każdym stoliku stał przynajmniej jeden, czasem zastępowany przez netbooka. Młodzież w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym pożywiała się wpatrując w bajki w różnych językach, głównie w rosyjskim.

Rodzicie skrzętnie wykorzystywali zaaferowanie dzieci świecącymi ekranami, by wciskać w otwarte buziole pożywienie. Nieliczne starsze pociechy pożywiały się same, w tempie typowym dla oglądających.

Od razu zaznaczę, że cybertata nie ma nic przeciwko żywieniu się przed ekranem. Sam często pożeram coś oglądając czy robiąc tzw. prasówkę. Człowiek jako gatunek stał się pod tym względem niezwykłym multitaskerem. Przed wieloma laty czytałem jedząc, ale jednak książka wymaga większej uwagi niż ekran błyskający światełkami. Nie mówiąc też o tym, iż większość z dzieciaków nie czytała na tyle dobrze, by spokojnie ogarniać jedno i drugie. Nadto pewnie czytelnictwo w naszych czasach mniejsze niż przed tymi kilku dziesięcioma, które ja pamiętam.

Reasumując: bez tabletu karmienie dzieci wyglądało na niezwykle trudne dla rodziców. Sprawiali wrażenie, jakby pozbawieni tego urządzenia nie byli w stanie zachęcić młodzieży do sięgania po strawę. Co z kolei przywiodło mi na myśl wspomnienie z młodości, filmik nakręcony na 8-milimetrowej taśmie pokazujący karmienie dzieciaka w rodzinie, który był zabawiany przez 2 czy 3 osoby, byle tylko coś tej kaszki mu wcisnąć. O ileż łatwiejsze stało się żywienie dzieci w naszych cyfrowych czasach?

To se nevrati…

Opublikowany 2013/12/17

Przeczytałem artykuł na portalu gazeta.pl o starych czasach i podwórkowych zabawach na świeżym powietrzu. Nie powiem, szalało się w dzieciństwie głównie na dworze. Bawiliśmy się w wojnę, graliśmy w piłkę na betonie i przy użyciu drewnianych ławek robiących za bramki, a czasem też za siatki do tenisa, w którego cięło się również na betonie. Były też klasy, guma, skakanka, deskorolki i rowery. Mnóstwo pomysłów na zmodyfikowanie znanych gier, jak w chowanego czy uzupełnianie jazdy na rowerze czy desce o jakiś element rywalizacji. No i te niezniszczalne kapsle, dzięki którym odtwarzaliśmy Wyścig Pokoju, formułę 1, żużel czy piłkę nożną.

Chodziliśmy też na automaty, czyli wydawaliśmy ciężko pozyskane drobne by pograć na starych już wówczas urządzeniach w takie gry wideo jak Commandos czy Tron, a nawet w Centipede. Przed moje oczy w Polsce nigdy nie trafiło Dragon’s Lair czy podobne, bardziej zaawansowane produkcje arkadowe.

Pojawiły się też gdzieś w tle komputery – słynne Spectrum czy Commondore i inne Atarynki/Amigi. Dużo tegow okolicy nie było, bo i czasy wiadomo jakie.

Niemniej zawsze bardziej chętnie bawiliśmy się na dworze, dopóki pogoda na to pozwalała. Dopiero na zimę i jesień przenosiliśmy się do domów, gdzie były resoraki czy lego.

Ale czasy się zmieniły. Konsola, komputer czy tablet są de facto w każdym domu. Nie ma co rozpaczać, że teraz dzieciaki bawią się inaczej i że trzeba mieć zgodę na rysowanie po chodniku. My jakoś o zgodę nie pytamy, tylko rysujemy. Dzieciaki biegają po podwórku i bawią się w różne gry, niektóre z elementami wprost przeniesionymi ze świata cyfrowego. Jest zdobywanie poziomów, jest odblokowywanie kolejnych kartek w rysowankach. Zasady są za każdym razem coraz to inne. I gry są inne. Bo i dzieci są inne. I czasy. Taki truizm.

Fajnie, że ktoś próbuje zachować „dla potomności” dawne gry i zabawy. Ale warto spojrzeć na to, że teraz maluchy mają inne możliwości. Więcej opcji. Od rodzica zależy, jak te opcje wykorzysta i do czego dzieciaki namówi.

Pochwalne peany

Opublikowany 2013/12/05

Przeczytałem sobie wpis kolegi Miłosza Brzezińskiego na portalu wpodrozy.eu o chwaleniu. Pamiętam, że w swoim czasie czytałem opracowanie tychże badań, na które się autor powołuje i – ponieważ przemówiły do nas z małżonką – postanowiliśmy wcielić je nieco w życie.

A ostatnio sobie pomyślałem, patrząc na grającą młodzież, że przecież w świecie wirtualnym coraz częściej produkt chwali użytkownika już za sam wysiłek. Z jednej strony – dając jakieś tam punkty. Z drugiej – wyciągając wniosek z porażki właśnie taki, że trzeba spróbować jeszcze raz. I jeszcze raz.

Nawet głupia gierka w stylu Subway Surfer zachęca do wielokrotnego powtarzania rozgrywki, bo przecież jeśli raz wpadnę na pociąg, następnym razem mi się uda. Podobnie jest z Tetrisem czy grami stricte logicznymi czy logiczno-zręcznościowymi jak Where is my Water.

Gry zatem idealnie wprowadzają taktykę doceniania za wysiłek. Kiedyś nawet bardziej, bo trzeba było się istotnie wysilić, by przejść jakąś Montezumę czy Mario. Tyle, że wówczas gry poza uporem i opanowywaniem nerwów nie uczyły czegoś więcej. Teraz zaś potrafią dołożyć coś jeszcze… ale to zupełnie inna historia…

Martw nośniki, wiecznie żywa sieć

Opublikowany 2013/12/02

Młody upodobał sobie ostatnio zabawę CDkami – tymi niezwykle cennymi płytami, które wcale nie tak dawno były niezwykle trudno dostępne, a które w zasadzie są już martwym nośnikiem. Inwazja YouTuba czy Spotify, w połączeniu z pozyskiwaniem filmów w postaci cyfrowej sprawiają, że kolejny nośnik odchodzi do lamusa. Za mojej pamięci ze świata odeszły 8-ścieżkowce, kasety magnetofonowe, VHSy, bety, dyskietki 3,5 i 5¼… w dzieciństwie bawiłem się kartami perforowanymi, na których kilka lat wcześniej zapisywany programy, oraz taśmami kodowymi, z których robiliśmy ozdoby choinkowe (Wesołych Świąt przy okazji).

Nasz świat zmienia się teraz naprawdę bardzo szybko. Tym usilniej cały czas zastanawiam się, jak umieszczać swoje dzieci w cyfrowym świecie. Bo fakt, że w cyfrowym świecie będą żyć jest dość oczywisty. Choć nieumieszczamy w zasadzie zdjęć młodzieży na popularnym portalu społecznościowym, używamy sformułowania „to się nadaje na fejsa”, które Młoda zaczęła podchwytywać. Dopytuje się czym ten Facebook jest i o co z tym chodzi.

To w sumie dobra okazja, by powoli opowiadać o tym, czym jest Sieć – czy jest niebezpieczna i jak jest niebezpieczna. Co w Sieci wolno, a czego należy unikać. Prędzej czy później dzieciaki wejdą w świat Internetu w inny sposób niż oglądanie filmów na YouTubie. Lepiej, żeby były przygotowane zawczasu. Bo nienajlepsze wieści docierają do nas czasem – o tym, jak źle potrafi się zakończyć przygoda nastolatków z Internetem. Dzieciaki potrafią być okrutne. Ba! Dzieciaki są okrutne. Sam nienajlepiej wspominam czasy podstawówki. W liceum było nieco lepiej, ale tylko nieco… wolę sobie nie myśleć, ile więcej stresów oferuje młodym ludziom świat, w którym nasze potknięcie w krótkim czasie może wylądować na komputerze każdego nie tylko w szkole, ale też w mieście.

Sieć to potężne narzędzie. To ostry miecz dwuręczny. Obosieczny. Dekapitujący…

Postać cierpiącego ojca w grach wideo

Opublikowany 2013/11/18

Ostatnio miałem chwilę czasu, by przysiąść znów do Last of Us. Nie będę chyba za wiele spojlował, jeśli powiem, że w pierwszych minutach gry głównego bohaterowi ginie nastoletnia córka. Rozpacz spowodowaną śmiercią dziecka ukryto za zasłoną ściemnienia. Nie wiemy, co się działo przez 20 lat zarówno jeżeli chodzi o świat gry, jak i o naszego bohatera. Trochę smutno z jednej strony, ale z drugiej – rozumiem… nie chcę sobie tego wyobrażać jako ojciec.

Być może zrezygnowano z pokazania nam cierpiącego Joela, bo ograno ten motyw w Splinter Cell. Sam Fisher całą grę poświęcił zemście za śmierć Sary. Cierpiał przy tym bardzo, szczególnie gdy dostawał w łeb…

Spróbowałem się tedy cofnąć pamięcią do czasów wcześniejszych i przypomnieć sobie, jak jeszcze przedstawiano ojców w grach wideo. Od razu przyszedł mi do głowy Heavy Rain (znów pozwolę sobie podspoilować), gdzie temat ten był dość wnikliwie prześwietlany. Koniec końców chodziło właśnie o dramat ojca, który stracił dziecko i który poszukuje jakiegoś rodzaju oczyszczenia. Albo z drugiej strony – o dziecko, które ojciec zawiódł.

Potem przyszedł mi do głowy James z Fallouta 3 – ojciec naszego głównego bohatera; swego rodzaju spiritus movens działania. Spotykamy go, nieco nas oszukuje posyłając na niebezpieczną misję. Ale koniec końców nie jest to postać ciekawa.

Mamy też Kratosa, słynnego bohatera serii God of War. Ideałem ojcostwa to on nie był. Swą Kaliope widział pewnie 3 razy w roku, kiedy nie szlajał się zabijać bogów, tytanów czy innych paskudztw. A jak ją zobaczył kolejny raz, to ukatrupił…

W Prince of Persia pojawia się ojciec Eliki, który zawiera pakt z mrocznym bóstwem, by wskrzesić dziecko. Potem zniszczeniu ulega Drzewa Życia, a resztę już pewnie znacie…

Był jeszcze ojciec bohaterki z Resident Evil 2, Sherry. Koleś był nienajlepszy kochał pracę bardziej niż ludzi, a w efekcie jest finalnym bossem gry. Ktoś to jeszcze pamięta?

Albo król Zora XVI z Okaryny Czasu. Niby kocha córkę, księżniczkę Ruto, ale jest za gruby i za leniwy, by próbować ją ocalić. Znów – średnio miło.

A Big Boss – ojciec Liquida i Solid Snake’a z Metal Gear Solid? Próbuje ich zabić, jeśli dobrze pamiętam. Potem być może cierpiałby w milczeniu. A łatwiej byłoby dzieci wychować…

Dla przeciwwagi mamy ojca Alyx z serii Half-Life. Choć traci żonę i matkę córki, choć wiąże się z inną kobietą, nigdy nie przestaje kochać dziecka.

Kolejny dobry przykład to Big Daddy z BioShocka. Niby formalnie to nie jest on (oni) ojcem (ojcami) Little Sister, ale są gotowi bronić ich do końca swoich dni.

Ktoś Wam jeszcze przychodzi do głowy? Z tych ojców cierpiących :)

"Tata się nie liczy?" - nie pozwalajmy sobie na to... może...

Opublikowany 2013/11/15

Jest sobie taka piosenka dziecięca „Co powie tata?”, którą śpiewał „puszek-okruszek” polskiej sceny muzycznej. Wyśpiewuje tam słowa na końcu „on śpi”. Co istotnie deprecjonuje rolę ojca w wychowaniu dzieci.

A ostatnio odkryłem też w przedszkolu informację mającą wesprzeć mamy (nie, nie rodziców – mamy) w zostawianiu maluchów tak coby nie płakały. I przeczytałem sobie, że jeśli maluch płacze, to może go przez jakiś czas odstawiać ojciec, bo rozstania z ojcem są mniej bolesne.

Bardzo nietajnie się poczułem. Bardzo.

Wiem, matka jest tylko jedna i inne takie tam.

Ale cybertata uważa, że we współczesnym, cyfrowym świecie, role się ostro pozmieniały. Matka częściej wkręca żarówki i ogarnia samochód, a ojciec siedzi z dzieciakami w domu. Równouprawnienie mamy to mamy.

Dlatego smutno mi się robi, że nie mówi się więcej o wymianie ról. Nawet w badaniach, o których niedawno wspominałem, pod obstrzał wzięto mamusie. Bo to one ponoć częściej decydują o rozrywkach dzieci, tabletach dzieci i innych takich rzeczach.

Panowie – gdzie jesteście?...

Ilu jeszcze gra na PCtach?

Opublikowany 2013/11/14

Kupiłem dziś paczkę płatków dla młodzieży. Nie uważamy tego za specjalnie ambitne jedzenie, ale młodzi ludzie to lubią, więc czasem można im podrzucić z mlekiem. Unikamy słodkich i czekoladowych, z kolei kornfleki jakoś niespecjalnie podeszły.

Tak czy inaczej – kupiłem paczkę obrandowaną jakąś serią zabawek dla dzieciaków – mniejsza o większość jaką. Do paczki dorzucona była gra na CD. Jakieś wyścigi. No i w pewnym sensie złapałem się za głowę.

Czy dzieci w ogóle grywają jeszcze na PCtach w coś, co nie jest f2p czy przeglądarkową zabawą lub produkcją na portalu społecznościowym? Wiem, że PC wciąż w Polsce wygrywa w rankingach najpopularniejszych urządzeń. Tyle że coraz rzadziej ma on jakikolwiek czytnik. Netbooki i ultrabooki udowodniły, że wystarczy sieć i porty usb. Po co stacje?

No i jakby tego było mało – ile dzieci, dla których dedykowana jest ta gra, chętniej sięga po tablety? Rodzice chętniej je użyczają, bo jednak na komputerach częściej się pracuje. Łatwiej też PCta – czy to laptopa, czy stacjonarnego – w jakiś sposób uszkodzić. Czy to coś psując w oprogramowaniu, czy fizycznie.

Do tego są konsole – stacjonarne i przenośne. Wiele dzieciaków ma je w swoim pokoju. Komputery też pewnie mają (że niby do nauki), ale czy chce im się instalować na nich jakąś grę, kiedy tyle jest w sieci?

Reasumując: koszt wyprodukowania gry, dołożenia jej w postaci fizycznej do płatków, wreszcie skonfekcjonowania tego wszystkiego wydaje mi się niespecjalnie rozsądny.

Ciekawe kto na tym naprawdę zarobił…

A może się mylę? Może ogromna rzesza wygłodniałych dzieciaków czeka na taki coś...

Piotr Żygadło: Gra którą dostałeś do płatków wyszła wcześniej w X gazetkach, dostępna jest do pobrania online na niezliczonych stronach i być może wcześniej (np. dwa lata temu) ukazała się w pudełkach po 60-70zł. Taki cykl życia produktu. Jak już wszyscy w to grali, to dorzuca się do płatków. Płatki płacą tysiąc złoty posiadaczowi praw - który ma prawa do setki gier - i te sto tysięcy jakie zarobi docelowo na płatkach wcale nie jest dla niego takim problemem :)

Cybertata: Pytanie czy jest to celowe? Jaki procent płatkojadów uruchomi grę? Czy to ma znacznie w ogóle dla płatkoproducentów i grooddajców?

Adam Igła: Myślę, że w ostateczności nie ma znaczenia ilu odbiorców uruchomi grę. Taki dodatek ma za zadanie odróżnić produkt od konkurencji i zwiększyć jego sprzedaż - więc ma znaczenie dla producenta. Większość wiary kupi chipsy z dołączoną grą, bo "ooo dali grę, kupię sobie", a potem i tak pewnie jej nie odpali - chyba, że rzeczywiście kupiło chipsy tylko ze względu na grę.

M jak mobile czy M jak mama – nie: T jak Tablet cyberTaTy:)

Opublikowany 2013/11/08

Miałem okazję uczestniczyć w prezentacji wyników badań dotyczących poniekąd cyfrowego wychowania dzieci. Badania przeprowadziła firma nk i można je obejrzeć sobie w tym miejscu. Ja zaś chciałem tylko nieco je skomentować i napisać, co cybertata o takich kwestiach myśli.

Pewna rzecz dla każdego rodzica jest oczywista – dotykowy interfejs to najbardziej intuicyjny sposób korzystania z urządzeń technologicznych i dzieci niezwykle szybko go łapią. Młody doskonale zdaje sobie z tego sprawę i łatwiej mu przychodzi przerzucać ekraniki na tablecie niż strony w książce. Książka zresztą mniej kolorowa jest i nie do końca wiadomo co z nią czynić trzeba.

A ponieważ ów interfejs jest wygodny w użyciu i ponieważ tablety (tudzież smartfony) są niezwykle mobilne, to stały się one „najlepszym przyjacielem dzieci”. Rodzice dają je pociechom, by te się zajmowały gadżetem, nie zaś zawracały głowę. Stanowią zatem coś na kształt telewizora sprzed kilku ledwie lat. Kiedyś sadzało się dzieciaki przed telepudłem, by dorosłym nie przeszkadzały. Teraz daje się im tablet, by się bawiły, kiedy „wapniaki” gadają. Tablet ma jednak kilka przewag nad telewizorem.

Po pierwsze, jest łatwiejszy do transportu. Towarzyszyć zatem może nam i naszym pociechom w podróży czy w poczekalni, a nie tylko w domu. Każdy rodzic wie, jak czasem ciężko jest przetrwać dłuższy lot samolotem z młodym człowiekiem. Dzieciakom nawet 10 minut czekania na wizytę u lekarza potrafi się dłużyć. Teraz można hyc-hyc, wyjąć tablet czy smartfon i z głowy.

Po drugie, tablet jest interaktywny. W telewizorze tylko odtwarza się filmy (pomijając nieliczne smart tv z jakimiś grami). Tablet zaś umożliwia z jednej strony zabawę, z drugiej - rywalizację, z trzeciej zaś – pozwala wyżyć się artystycznie. Ta przewaga jest wg mnie bardzo znacząca. Dzięki zabawie z tabletem dzieciaki mogą się mnóstwa rzeczy nauczyć. Owszem, oglądając zwierzątka na Animal planet też jakąś wiedzę młodzież wchłania. Niemniej więcej wchłonie „bawiąc się” z tymi zwierzątkami w wirtualnym zoo. Nie mówiąc już o ćwiczeniu pamięci czy pisania. Młoda dzięki niezbyt ambitnej grze w kucyki nauczyła się szacować trzy i czterocyfrowe liczby – która większa, a która mniejsza, ile brakuje do zakupu tej rzeczy, a ile do tamtej.

Szkoda, że badanie przeprowadzono ledwie na próbie 402 rodziców (de facto – przepytano kilkuset znajomych), a tak naprawdę nie rodziców, tylko matek. O tatusiach nie tyle zapomniano, co po prostu zabrakło czasu. Szkoda…

Wracając do badania. Wg niego 45% dzieci w wieku od roku do trzech lat samodzielnie korzysta z tabletów. Ja Młodemu nie pozwalam nosić takiego urządzenia. Młoda zyskała takie prawo w wieku jakiś 4,5-5 lat. Stacjonarnie mogła korzystać samodzielnie wcześniej. Ale Młody ma pawie 2 lata i poza pikaniem w ikonki niespecjalnie jest zainteresowany… no, może malowaniem kresek…

Nie zaskoczyło mnie również to, że tablet jest najlepszym przyjacielem dziecka. Tylko maluchy do 3 lat uważają, że przytulanki są fajniejsze. Młoda szybciej nauczyła się korzystać z tabletu niż jeździć na rowerze. A od czasu, gdy umie napisać „Muj maly kucyk” w YT jest niezależna od telewizora.

Jeszcze nie potrafi sama pobrać aplikacji, a na pewno wpisać hasła. Niemniej lubi wspólne oglądanie nowych gier. Bo jednak tablet to głównie dla niej urządzenie do zabawy. Ciekawe tylko, czy jestem jednym z nielicznych, którzy sprawdzają tzw. PEGI. Brantowanie mnie jakoś nie rusza. I tak żyję w świecie różowych kucyków i blondwłosych lalek…

Najważniejsze jest jednak to, że żyjemy w świecie mocno ztechnologizowanym. A świat naszych dzieci będzie jeszcze bardziej technologiczny. Czy pozwolimy dziecku siedzieć tylko przy tablecie, czy zachęcimy je też do poznawania zabaw na podwórku? Czy za kilka-, kilkanaście lat dzieci będą miały tylko jedną zabawkę – taki specjalny tablet (biedni producenci innych zabawek)? Czy faktycznie do odpowiedniego rozwoju dziecka są mu potrzebne także tradycyjne zabawki, tudzież kredki czy zeszyty?

A ilu z nas zatraciło umiejętność pisania długopisem, bo na komputerze szybciej? Ilu przyzwyczaiło się do czytania książek w postaci e-booków? Ilu przestało kupować gazety, bo wystarczą nam wiadomości w sieci? Ilu nie rozstaje się ze smartfonem, bo to przenośne biuro?

Pamiętamy świat bez komórek? Laptopów? Internetu? Wielu tak. Chcemy do niego wrócić? Nieprzypuszczam. I dzieciaki to czują…

Cyfrowe dziedzictwo

Opublikowany 2013/10/30

Jak się ma Małych Ludzi, to się ich fotografuje, czasem filmuj, rzadziej to wszystko obrabia i sortuje. Nawet nie jestem w stanie stwierdzić ile mega-tera-super-bajtów to wszystko nam zajmuje. Co gorsza, odkąd każdy smartfon ma aparat i to niezłej jakości, liczba zdjęć rośnie w zastraszającym tempie. Czasem nie ma okazji do ich archiwizowania. Owszem, są mechanizmy pozwalające na automatyczną archiwizację w chmurze czy na domowym dysku podłączonym do sieci. Ale kto to wszystko jeszcze zanalizuje i posortuje? Która pociecha? Film/zdjęcie? Wyjazd? Śmieszne? Poważne? Smutne…

Niektórzy lubią takie zdjęcia mieć w wersji hard-copy, czyli książkowej. Tu przydają się różne opcje fotoksiążkowe, ale z kolei – znów: sortowanie itp.

Można by tak sobie ponarzekać, gdyby nie fakt, że nowa technologia umożliwia maluchom bawienie się obrazem – ruchomym i nie. Młoda sama robi zdjęcia. Wspólnie kręcimy filmiki z udziałem ludzi i zabawek. Słynne dzieło o Potworze z Lochnezji nakręcone podczas wakacji w wannie (dwie długie, kilkunastominutowe części) stało się prawdziwym hitem na wiele dni.

Warto zachęcać dzieciaki do takiej ekspresji. Tym bardziej, że przyszłość niesie cyfryzację i wyraźnie widać, że takie wyrażanie się artystyczne będzie na porządku dziennym.

Dzieci zresztą łykają bardzo szybko nowinki. Nauka używania aparatu czy kamery cyfrowej – gdzie nie musimy się martwić o zasoby w postaci cennego filmu – to de facto chwila moment. Jednakże jest to easy to learn, hard to master, trzeba zatem postarać się pewne rzeczy później pokazywać.

Ale radość z wspólnego oglądania dzieł przeróżnych jest wielka…

Rodzicielstwo na odległość

Opublikowany 2013/10/29

Rodzice czasem bywają niewolnikami dzieci. A czasem nie. Są tacy, którzy uważają, że dla higieny psychicznej dobrze jest wyrwać się raz na czas jakiś daleko od pieluch, zawożenia do szkoły, usypiania, dawania śniadania i tak dalej.

Akurat ja należę do tej drugiej grupy. Dość często zdarza mi się spędzać z młodzieżą dużo czasu sam na sam, bo małżonka wyjeżdża służbowo. Nie powiem, ciężko jest. Po odstawieniu dzieciaków do instytucji edukacyjnych jestem czasem tak zmęczony, że zanim się za coś zabiorę, potrzebuję co najmniej 30 minut na reset. Podobnie jest przy zbieraniu popołudniowo-wieczornym, tyle że tu komfortu nie ma.

W samodzielnej walce z młodzieżą w sukurs przychodzi nowoczesna technologia. Nie tylko telewizor czy tablet potrafią dać rodzicielowi nieco oddechu – choć akurat Młody jeszcze nie jest na etapie takich zabawek, ale te siedem minut z klockami Duplo da radę posiedzieć. Przydaje się też interent.

Bo dzięki niemu mama może dzieciakom poczytać wieczorem. Młoda się już przyzwyczaiła, że mama czyta jej przez Skype’a, choć pewnie wolałaby się też przytulić. Ostatnio Młody też zaczął słuchać nieco zniekształconego przez połączenie głosu. Leży, patrzy w przestrzeń, słucha i powoli odpada. Lepsze to niż jego zwyczajowe hołubce, które wyczyniał, waląc się kilkukrotnie w głowę przy okazji.

Internet pomaga – przytulenia nie zastąpi, ale zmęczonego rodzica wesprze.

Być rodzicem i grać? To niełatwa sprawa - ale da radę!

Opublikowany 2013/10/23

Kiedy Młody się urodził, spędziłem z nim kilka dni w domu sam na sam. Młoda do przedszkola, mama do pracy, tata z dzieciakiem, dowożący je na karmienia we wskazane miejsce o wskazanej godzinie.

Pracę miałem akurat tak ogarniętą, że spomkojnie mogłem dużo czasu poświęcić na zajmowanie się Młodym, który głównie… podsypiał, jak to człowiek po przejściach związanych z narodzinami. Jako że byłem sam na sam ze śpiącym nieletnim, postanowiłem sobie odpalić grę – padło akurat na Mass Effect 3.

Fanem sf byłem, jestem i pewnie będę. Rzekłbym nawet, że jestem hardcore’owym fanem twardego science ficition. Takiego spod znaku ABC SF – Asimova, Bradbury’ego i Clarke’a. Uwielbiam klimaty space opery, podróży w kosmosie, obcych cywilizacji, sztucznej inteligencji, zaawansowanej technologii nieodróżnialnej od magii. Napisałem pracę magisterską z filozofii, która istotnie zahaczała o kwestie poruszane w tego rodzaju literaturze. Zatem ME3 trafił na dobrą glebę, choć poprzednie odsłony może niespecjalnie mnie rzuciły na kolana. Ale gra akurat wyszła, więc odpaliłem.

Jak zwykle złośliwość ludzi nowonarodzonych musiała wziąć górę – gdy tylko zabrałem się za granie, Młody postanowił się budzić. Wkurzałem się, że on się wkurza i nie chce się uspokoić, a ja nie do końca wiem dlaczego. Nakarmiony, przewinięty, utulony powinien sobie spać – w sam raz tyle, bym ruszył z kopyta w ME3. A on się niepokoi, miota i jęczy. Dziecko ważniejsze, ale gra ciągnie i nęci.

Poszedłem tedy po rozum do głowy i opracowałem technologię jednoczesnego karmienia dziecka, sprawdzania poczty na tablecie oraz grania na konsoli niemal jednocześnie. Młody siedział wtulony we mnie, ciumkając z butli, a ja przeżywałem atak Żniwiarzy. Dotrwał do wędrówki pani Shepard po Marsie, czyli dał mi jakąś niecałą godzinkę gry.

Doszedłem zatem do wniosku, że może warto podzielić się przemyśleniami dla graczy, którzy być może znajdą się w podobnej co ja sytuacji. Poza przemyśleniem oczywistym, że posiadanie dziecka wymaga mnóstwa uwagi przez jakieś 18 lat pewnikiem zanim będziemy mogli na spokojnie sobie pograć.

Tak czy inaczej polecam grać w tytuły z pauzą zatrzymującą również filmiki. W efekcie wszelkie MMO odpadają, bo tam zwykle jesteśmy raczej nie In Real Life tylko Away From Keybord.

Warto także, by gra była raczej łatwiejsza niż trudniejsza. Mało wymagająca wręcz. Warto pewnie też wybrać najniższy poziom trudności. No, chyba że chodzi o FIFĘ czy podobny tytuł, w którym realna rozgrywka toczy się na tyle krótko, by dziecko „nieprzeszkadzało”. Niemniej jeśli lubicie w grach fabułę, to lepiej nie frustrować się rozgrywką, a więcej czasu poświęcić na poznawanie historii niż walkę z padem/klawiaturą/wrogami. Warto także pamiętać, że kiedy odkłada się grę na kilka dni, to łatwo zapomnieć „obłożenie pada” czy zdolności naszej postaci. Lepiej zatem grać krócej, ale częściej.

Warto w przerwach rzucać okiem co się dzieje z pociechą – w przeprawie meczu, po rozwiązaniu zagadki, podczas ekranu loadingu itp. Bo jednak dziecko zawsze ważniejsze niż jakaś tam gra…

Zanim zabierzecie się za granie, przygotujcie sobie cały osprzęt do obsługi. Pokarm do podgrzewacza, butelki na blat, mieszanka odmierzona, woda przegotowana, smoczki wysterylizowane, pieluchy na podorędziu – czy czego tam potrzebujecie.

Last but not least – gra powinna być z gatunku tych, która nie wciągnie Was na maksa; taka, którą bez stresów na kilka minut porzucicie, by zająć się pociechą.

Wreszcie co najważniejsze i co zawsze w pamięci powinno Wam pozostać – młody człowiek to istota żywa i nieustająco trzeba kontrolować co się z nim dzieje. Dlatego lepiej przyciszyć dźwięk, nie grać na słuchawkach, raz po raz rzucając okiem lub nasłuchując co się dzieje z pociechą.

Czytanie tabletowe

Opublikowany 2013/10/22

Młodej przez długi czas czytaliśmy w klasycznych książkach. Wiadomo – duże formaty, ładne obrazki, duże litery. Ciężkie to-to. Jak się na wakacje jechało, pakowanie zaczynać trzeba było od ulubionych książeczek w rozmiarze minimum A4, grubości pod 100 stron i w dodatku na kredowym papierze. Waga rosła, rozmiar rósł, a do książeczek wcale za często się nie zaglądało.

Kiedy w domu pojawił się tablet i wzrosła świadomość Młodej z jego użytkowania – czyli najpierw oglądanie, a potem granie w różne proste aplikacje (ubieranie Barbie, leczenie zwierzaków, przede wszystkim jednak rysowanie), to myśl o zabieraniu go jako głównego narzędzia do czytania nie tyle się rodziła w mej głowie, co wręcz sama się wymuszała. Zatem na następny wyjazd liczba książeczek zmalała, za to pojawiły się na tablecie w różnej postaci.

Po kilku wieczornych próbach czytania okazało się, że Młodej to nieodpowiada. Najpierw nie potrafiła wytłumaczyć dlaczego tak się dzieje (miała raptem nieco ponad 3 lata), ale potem okazało się, że kiedy widzi tablet to od razu chce się na nim bawić…

Na szczęście „Dzieci z Bullerbyn” okazały się na tyle fascynującą opowieścią, że Młoda przekonała się w końcu do czytania na tablecie. Teraz w zasadzie sięgamy po poważniejsze lektury, dłuższe i wygodniejsze do czytania na tablecie.

Ja też już nie pamiętam, kiedy ostatnio przeczytałem książkę na papierze. Komiksy jakoś lepiej mi wychodzą, ale jednakowoż nie mogę sobie przypomnieć, kiedy ostatnio czytałem. A książki – i owszem. Najpierw na komórce, a ostatnio na Kindlu. W nocy takie urządzenie jest jak znalazł. Kiedy Młody się obudzi, to zwykle potem dłużej nie mogę usnąć. Więc sobie czytam. Światła zapalać nie muszę, kilka książek do wyboru, jak mnie coś znudziło…

Ciekaw jestem jak będzie czytać mój narybek. Bo póki co Młoda sięga po papierowe książeczki, ale ona już żyje w świecie, w którym dotykowy ekran tabletu to coś bardziej niż normalnego. Wręcz niedotykowe ekrany ją dziwią…

więcej...